Jestem pacjentem publicznej służby zdrowia i jestem gotowa na każde upokorzenie

Czasami zastanawiam się o co chodzi z niektórymi lekarzami i ich manierą wielkości. Dlaczego pacjentów publicznej służby zdrowia traktuje się jak zło konieczne i nie okazuje im się szacunku? 

Żeby nie było, że nie stać mnie na obiektywizm i krytykę własnego środowiska – podobne zdanie mam o bardzo wielu prawnikach i kto mnie zna ten wie, że  je głośno wyrażam. Wyrazem tego są choćby niektóre wpisy na tej stronie np. Absurdy polskiej wokandy 1,2, 3. Dzisiaj jednak dostanie się trochę personelowi medycznemu. Nie po raz pierwszy zresztą. Na tego typu przypadki warto znać swoje prawa.

Pani doktor – odpowiednik wyższej instancji

(notabene mimo, że z wykształcenia lekarz, a nie doktor)

Szczęśliwie rzadko mam do czynienia z publiczną służbą zdrowia, ale niestety zdarzają się takie sytuacje, kiedy nie da się tego uniknąć. Sporo przejść miałam w czasach, kiedy moi chłopcy byli mali i cierpieli na alergie. Ten okres chyba jednak mam już zamknięty. Mam przynajmniej nadzieję.

Jednak przykładów na fatalne traktowanie pacjentów mam wciąż pod dostatkiem. Ostatnio byłam z dziećmi u ortopedy. Ja, matka z dwojgiem małych dzieci, wchodzę do gabinetu lekarskiego po uprzednim zapytaniu czy można, a pani doktor (na oko starsza ode mnie o jakieś 20 lat) spoziera na mnie i wita tymi słowami:

- Niech wejdzie! – oglądam się za siebie nikogo innego poza mną i moimi chłopcami nie ma, domniemywam, że to chyba do mnie.

Wchodzę, uprzejmie witam się z panią doktor siedzącą za biurkiem za górą papierów.i zaczynam od tego, że wprawdzie jestem trochę przed czasem, ale nie ma nikogo innego w poczekalni, więc prosiłabym o wcześniejsze przyjęcie jeśli jest taka możliwość.

Na to, a pani doktor do mnie:

- Aha, jesteś przed czasem, to leć do rejestracji i to zgłoś. No migusiem! Zabierz tylko ze sobą te dzieciaki żeby mi tu nie latały!

Pomijam już zasadność zgłaszania czegoś takiego w recepcji, skoro wcześniej rejestrowałam swoje przybycie w tej waśnie recepcji, pies trącał, zgłoszę jak trzeba, że będą przyjęta przez lekarza 15 minut przed czasem, ale co to za forma zwracania się do pacjenta – było nie było – dorosłego człowieka, którego się widzi pierwszy raz w życiu?

Kontakt z publiczną  służbą zdrowia jak kompres na ranę

Kolejny przykład, niedawno paskudnie skaleczyłam nogę na wysokości kostki. Na początku nic wielkiego – porządne otarcie i zadrapanie, jakich każdy w życiu doświadczył, ale po kilku dniach noga zaczęła puchnąć, a z zadrapania zrobiła się rana. Noga stała się obolała i nie mogłam na niej stanąć. Nie ma wątpliwości – wdało się zakażenie.

Rada nie rada poprosiłam męża Prawnika na macierzyńskim o odwiezienie do szpitala na izbę przyjęć. Mąż mnie tam zawiózł, doczłapaliśmy się na izbę. Pani wyraźnie nie była zadowolona w naszego przyjazdu. Na powitanie zapytała:

- Dlaczego z „tym” do nas?

- Ponieważ jest to najbliższy szpital mojego zamieszkania. Poza tym coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu, więc nie miałam pojęcia, do którego szpitala najlepiej jest się udać – odpowiadam.

- Na przyszłość z czymś takim kierujcie się do tego drugiego szpitala, bo tam jest chirurg.

- A w tym szpitalu nie ma chirurga? – pytałam z niedowierzaniem.

- Jest, ale ma teraz obchód.

-Trudno, poczekam.

- Ale to może potrwać…

- Zaryzykuję i poczekam, bo ciężko jest mi się z tą nogą teraz przemieszczać.

Na szczęście się Pani wyraziła zgodę…

Przyszedł lekarz. Ordynator. Naburmuszony, ospały, nieprzyjemny w obejściu. Ja to rozumiem, nie czepiam się, być może ma długi ciężki dyżur, nie zagaduję go więc niepotrzebnie.

Obejrzał nogę, oczyścił ranę, zaaplikował maść z antybiotykiem i zawyrokował, że powinnam oprócz tego przez kolejnych 5 dni brać doustny antybiotyk.

- Jednak bez antybiotyku się nie obejdzie, hmmm …szkoda myślałam, że uda mi się tego uniknąć – mruknęłam pod nosem właściwie do siebie samej.

Nagle, do tej pory lekko uśpiony lekarz, wybudził się ze swojego letargu i nieprzyjemnym podniesionym głosem warknął:

Niech pani ze mną, starym lekarzem ortopedą nie dyskutuje! Przecież się lepiej na tym znam od pani!

- Bez wątpienia się pan lepiej zna, tyle, że ja nie dyskutuję i nie kwestionuje Pańskiego zalecenia, po prostu wyraziłam ubolewanie, a to przecież różnica, prawda?

Lekarz wyraźnie się zdenerwował.

- Jak się Pani nie podoba, to …itd.

Nie będę wam przytaczała dalszego ciągu tej rozmowy, bo to nie ma już większego znaczenia.

Podobnych przypadków z lekarzami zwłaszcza publicznej służy zdrowia (co ciekawe nie tylko) miałam bardzo wiele. Zakładam, że nie jestem w tym względzie odosobniona.

Często odwiedzając lekarza publicznej służby zdrowia, ma się wrażenie, że zawraca mu się niepotrzebnie głowę. Jak już musisz to idź, ale broń Boże nie zdawaj żadnych pytań, nie komentuj, nie miej wątpliwości! Przyjmuj wszystko na klatę i nie dociekaj. To przecież tylko ….twoje zdrowie…

Niestety moja naturalna (zawodowa) dociekliwość, zwłaszcza w kwestii zdrowia moich dzieci powoduje, że zawsze zadaję lekarzom pytania i szczerze mówiąc nie widzę w tym nic złego. Przeciwnie jest to to moje prawo, ale po drugiej stronie często spotykam się z irytacją i zniecierpliwieniem.

Zawsze odnoszę te sytuacje do spotkań z moimi klientami, którzy przychodzą do mnie po poradę prawne. Zadają mnóstwo pytań, często pytają o kwestie dla mnie oczywiste. Zdaję sobie jednak sprawę, że kwestie te oczywiste są tylko dla mnie i moim „psim obowiązkiem” jest wyjaśnić klientowi wszystko, co go interesuje w zakresie sprawy, z którą do mnie przyszedł.

Spotkałam w życiu lekarzy, którzy reprezentują podobne podejście do pacjenta. Przede wszystkim z szacunkiem i cierpliwością. Jednak są oni w mniejszości. Pozostałym, jeżeli  zadajesz pytania – to w ich mniemaniu – kwestionujesz ich zdanie, podważasz ich autorytet, na co bardzo często reagują nerwowo i zupełnie nieadekwatnie.

Podczas innej wizyty w poradni w szpitalu, po dosłownie drugim pytaniu do lekarza prowadzącego o skutki odstawienia przepisanego leku usłyszałam, że „jak mi się nie podoba, to mogę sobie lekarza prowadzącego zmienić”.

Ręce opadają

- Ale ja nie chce innego lekarza – odpowiadam – pytam tylko o skutki odstawienia leku…

- Ale widać, że pani mi nie ufa.

- A skąd to pani wie?

- Bo zadaje mi pani pytania …

Drodzy lekarze, wiemy, że wasz zawód nie jest prosty i wymaga wielu wyrzeczeń, ale postarajcie  się wykrzesać do pacjentów trochę więcej cierpliwości Postarajcie się udzielać odpowiedzi na pytania pacjentów w normalny i  cywilizowany sposób nie uwłaczający godności pacjenta.

Ma pan guza złośliwego. Tu ma pan skierowanie na chemioterapię, widzimy się za miesiąc.

Lekarze powinni sobie uświadomić sobie, że to oni są dla pacjentów, a nie odwrotnie. Bez pacjentów lekarze nie maja racji bytu w takiej przychodni. Niestety zmiana tego stanu rzeczy wymaga mozolnej pracy nad lekarzami. Samorządy lekarskie powinny uczyć lekarzy tego, w jaki sposób traktować pacjentów, jak przekazywać im trudne wiadomości. Widać nie każdy ma w sobie dostatecznie wykształcone naturalne pokłady empatii i wyrozumiałości.  Jeśli do tego dojdzie maniera dość charakterystyczna dla tego środowiska, to efekt bywa dramatyczny.

Podkreślam, że nie mówię tu o wszystkich lekarzach. Są przecież wspaniali lekarze, oddani pacjentom, traktujący swoją pracę jak służbę dla ludzi. Jednak niestety większość personelu medycznego,  na który przynajmniej ja trafiam w publicznej służbie zdrowia powinna przejść solidne przeszkolenie z kontaktów z pacjentem.

Pacjent ma prawo

Na koniec, wszystkim pacjentom oraz lekarzom, pielęgniarkom i pracownikom służby zdrowia przypominam, że prawa pacjenta zagwarantowane są ustawowo (ustawa z dnia 6 listopada 2008 r. o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta)

Warto je przestrzegać z różnych względów, choćby z tego najbardziej egoistycznego – każdy z was kiedyś znajdzie się po tej drugiej stronie i chciałby być traktowany przyzwoicie. Przypominam o tych najważniejszych zasadach:

  • Pacjent ma prawo do świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom aktualnej wiedzy medycznej.
  • Pacjent ma prawo, w sytuacji ograniczonych możliwości udzielenia odpowiednich świadczeń zdrowotnych, do przejrzystej, obiektywnej, opartej na kryteriach medycznych, procedury ustalającej kolejność dostępu do tych świadczeń.
  • Pacjent ma prawo żądać, aby udzielający mu świadczeń zdrowotnych:
  • lekarz zasięgnął opinii innego lekarza lub zwołał konsylium lekarskie;
  • pielęgniarka (położna) zasięgnęła opinii innej pielęgniarki (położnej).
  • Lekarz może odmówić zwołania konsylium lekarskiego lub zasięgnięcia opinii innego lekarza, jeżeli uzna, ale żądanie powinno być odnotowane w dokumentacji medycznej.
  • Pacjent ma prawo do natychmiastowego udzielenia świadczeń zdrowotnych ze względu na zagrożenie zdrowia lub życia.
  • W przypadku porodu pacjentka ma prawo do uzyskania świadczeń zdrowotnych związanych z porodem.
  • Pacjent ma prawo do świadczeń zdrowotnych udzielanych z należytą starannością przez podmioty udzielające świadczeń zdrowotnych w warunkach odpowiadających określonym w odrębnych przepisach wymaganiom fachowym i sanitarnym. Przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych osoby wykonujące zawód medyczny kierują się zasadami etyki zawodowej określonymi przez właściwe samorządy zawodów medycznych.
  • Pacjent ma prawo do informacji o swoim stanie zdrowia.
  • Pacjent ma prawo do uzyskania od osoby wykonującej zawód medyczny przystępnej informacji o stanie zdrowia pacjenta, rozpoznaniu, proponowanych oraz możliwych metodach diagnostycznych i leczniczych, dających się przewidzieć następstwach ich zastosowania albo zaniechania, wynikach leczenia oraz rokowaniu, w zakresie udzielanych przez tę osobę świadczeń zdrowotnych oraz zgodnie z posiadanymi przez nią uprawnieniami.

Odpowiadanie na pytania pacjenta w zakresie jego stanu zdrowia, problemu z którym zwrócił się do danego lekarza bezspornie mieści się w tym ostatnim choćby obowiązku, wiec nie irytujcie się drodzy lekarze za każdym razem gdy pacjent próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o swojej chorobie, leczeniu itd.

weźcie proszę pod uwagę, że pytania te niekoniecznie maja służyć podważaniu waszych kompetencji, świadczyć o braku zaufania ale prawdopodobnie są wyrazem usprawiedliwionej troski o własne zdrowie, do czego każdy pacjent ma prawo.

A wy? Jakie są wasze doświadczenia z publiczną zdrowia?

 

****

Jeśli podoba ci się tu i chcesz być na bieżąco – śledź Prawnika na macierzyńskim na Facebook’u i Google.

 

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

7 komentarzy

  1. ~Mateusz · 11 lipca 2017 Odpowiedz

    Jaka jest służba zdrowia każdy widzi :), a tak całkiem poważnie to przy naszych wydatkach na tą nieszczęsną służbę zdrowia to i tak działa nieproporcjonalnie dobrze.

  2. ~Karolina · 11 lipca 2017 Odpowiedz

    Może gdybyśmy sami wybierali, komu chcemy płacić składkę, wówczas traktowano by nas inaczej… Prawda jest taka, że jak potrzebna jest natychmiastowa pomoc specjalisty i tak trzeba iść prywatnie..

  3. ~Marrrek · 27 lipca 2017 Odpowiedz

    Bardzo ciekawy artykuł. Moje doświadczenia są różne, dużo jednak złych słyszy się od znajomych. Każdy wie jak jest…

  4. ~power divider · 8 sierpnia 2017 Odpowiedz

    To wspaniałe, dziękuję za dzielenie się, bardzo pomocne dla mnie!

  5. ~Béata · 18 września 2017 Odpowiedz

    Czasami jak mnie tesknota za krajem zzera, to sobie takie „kwiatki” poczytam i… chyba mi ta teskota przechodzi… No bo jak to porownac do miejsca, gdzie pacjent ma obowiazek byc poinformowany o procedurach i o leczeniu, gdzie lekarze sa mili i przyjazni i gdzie kolejka na „ostry dyzur”, to 20 minut czekania i przepraszanie, ze az tyle? Zdazylo sie Malemu przegryzc jezyk. Upadl w sklepie, klapnal szczeka w posadzke i na swoje nieszczescie przegryzl sobie jezyk – dziura taka na pol centymetra ziala mu w paszczy, a ze wieczor juz byl, dochodzila osma, to pojechalismy od razu do szpitala. Pierwszy lepszy z brzegu! Kolejka byla – okolo 5 osob czekalo. Recepcjonistka sie sumitowala, ze troche czekanie moze potrwac, lekarz po 20 minutach nas przyjal. Poogladal, pocmokal, posapal i stwierdzil, ze wzywa chirurga plastycznego (sic!) do konsultacji. No i we dwoch poogladali i pomacali ten przegryziony jezyk, pozniej nam wytlumaczyli co nalezy zrobic i dlaczego, kiedy sie zglosic na nastepna wizyte i dlaczego, dostalismy wypis (od reki), umowiony termin nastepnej konsultacji i po krzyku. Obylo sie bez szycia, na drugi dzien nie bylo sladu… Zauwazylam tutaj „specyficzna” polityke medyczna – majac umowiona wizyte u laryngologa, u mojego meza wykryto inny problem, wiec laryngolog zadzwonil do kolegi lekarza (innej specjalizaci) i drugi lekarz przyszedl do gabinetu, zeby udzielic konsultacji… Od razu i na miejscu, bez czekania na miejsce u specjalisty, bez kolejki… Pozdrawiam cieplutko,
    Beata

  6. ~Professional · 26 września 2017 Odpowiedz

    Jest taki kabaret KMN też właśnie z tekstem że jest gotowy na każde upokorzenie. Ale tak jest też nie mile wspominam naszą służbę zdrowia. Już nie mówiąc o terminach jakie tam panują to jeszcze nie miłe towarzystwo nie polecam.

Odpowiedz na „~KarolinaAnuluj komentarz