Koroner – kto to taki i do czego nam potrzebny

Za oknem mamy już prawdziwą jesień. Deszcz, zimno, a wszędzie dookoła spadające liście. Odczuwam to szczególnie ze względu na olbrzymie i bardzo stare akacje, które rosną tuż obok mojego domu. Wiosną i latem są wspaniałe (poza krótkim okresem kiedy gubią miliony kwiatków…) – dają cień i chwilę wytchnienia, gdy są upały. Do tego tworzą idealny dom dla wiewiórek, które dzięki temu zaglądają mi wprost do okna w sypialni. Nie śmiałabym złorzeczyć. Jednak to, co te akacje „wyprawiają” jesienią – może do nich zniechęcić naprawdę oddanych zwolenników. Akacja, po tym jak zgubi kwiatki, zaczyna gubić listki. Ma ambicje żeby wszystkie zgubić aż do zimy i czyni to w takim tempie, że po dobie z trudem identyfikuję pod tymi listkami swój samochód na podjeździe. Mam aż dwie akacje ;).

Nastała jesienna aura – trochę pochmurno i nastrój związany ze zbliżającym się Dniem Wszystkich Świętych. Na marginesie – w takich właśnie nostalgicznych okolicznościach co roku obchodzę własne urodziny. Tyle, że naprawdę lubię ten klimat. Wreszcie jest czas na chwilę refleksji. O tych co odeszli i o tym co nas czeka…

Czas ten zwykle skłaniał mnie zwykle do zajęcia się tematyką mniej lekką, a bardziej… grobową. Skoro śmierć nikogo nie ominie, warto wiedzieć co nieco o prawie do pochówku, czy ekshumacji.

Konkluzja z moich ostatnich wpisów była taka, że Ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych z 1959 roku (Tak! Dobrze czytasz!) jest przestarzała i wymaga napisania od nowa (pojechałam trochę Magdaleną Ogórek) i skorelowania z innymi przepisami. Nic dziwnego, skoro przepisy zostały stworzone ponad pół wieku temu, zmieniane są bardzo rzadko i tylko kosmetycznie. Istnieją duże problemy interpretacyjne związane z samą ustawą, jak i aktami wykonawczymi do niej, które to problemy dziś muszą rozstrzygać sądy, a przecież pewne kwestie powinny jasno wynikać wprost z przepisów – jak np. kto z rodziny ma prawo decydować o pochówku, czy też ekshumacji jego członka.

Wśród kwestii, którą na pewno ustawodawca powinien się zająć jest kwestia stwierdzania zgonu, związana z tym organizacja systemu ochrony zdrowia oraz zasady finansowania. Niestety, zmiany w tej materii jak na razie się tylko postuluje. Jeszcze się ich nie doczekaliśmy, ale może niebawem doczekamy się oficjalnego wprowadzenia instytucji koronera.

Koroner – brzmi znajomo?

Z pewnościa, a to dlatego, że znamy go z zagranicznych filmów.

Koroner (ang. coroner) – w krajach anglosaskich urzędnik prowadzący śledztwo w sprawie nagłego, niespodziewanego lub przypadkowego zgonu, który nastąpił w sposób nienaturalny, w podejrzanych lub brutalnych okolicznościach.

W Anglii funkcja koronera istnieje od XII wieku, w Stanach Zjednoczonych kwestia ta uregulowana jest przez prawo stanowe. Jednak tam, gdzie nie ma urzędu koronera, jego funkcję sprawuje szeryf lub specjalista patolog.

A w Polsce? Nie ma komu.  

Oczywiście to nie jest tak, że u nas się zgonów nie stwierdza. Stwierdza, a akt zgonu jest bardzo wążnym dokumentem, który będzie konieczny innym członkom rodziny praktycznie do wszystkich formalności związanych ze zmarłym.

W Polsce mamy przykładowo lekarzy medycyny sądowej, którzy pełnią taką funkcję, ale nie są powszechnie znani jako koronerzy. Stwierdzić zgon może lekarz rodzinny, u którego pacjent się leczył, czy też lekarz pogotowia ratunkowego

Jednak angażowanie do tych czynności lekarza nie sprawdza się ze względów praktycznych i ekonomicznych, bo ten nie zawsze jest dostępny.

Kiedy koroner jest potrzebny

Największy problem jest ze zwłokami o nieustalonej tożsamości. Pogotowie ratunkowe nie może zajmować się tego typu przypadkami. Bywa, że pacjent zmarł w karetce pogotowia, a załoga karetki zawróciła na miejsce wypadku by tam zostawić zwłoki ponieważ ratownik medyczny nie był uprawniony do stwierdzania zgonu. Uprawnienie takie miał natomiast lekarz pogotowia ratunkowego, ale ci z kolei nie zawsze mogą zejść z dyżuru żeby do pacjentów karetką przyjechać.

Problem pojawia się również w przypadku rodzin, których bliscy zmarli np. w domu. Dyspozytor często odmawia przyjazdu lekarza pogotowia na wezwanie, aby stwierdzić zgon i wypisać niezbędne dokumenty.

Obecnie, kiedy do osoby zmarłej przyjeżdża karetka, po stwierdzeniu zgonu nie zabiera się tej osoby, zostawia się ją rodzinie. Przepisy wymagają, aby przewieźć zmarłą osobę do zakładu medycyny sądowej lub prosektorium, gdzie można formalnie stwierdzić zgon. Z uwagi na to, że obowiązek przewiezienia zwłok leży już po stronie powiatu, często zdarza się, że na taki transport trzeba sporo czekać, a zwłoki te leżą godzinami, na czym cierpi godność osoby zmarłej, nie mówiąc już o dyskomforcie innych użytkowników miejsca publicznego, czy względach sanitarnych.

Historia o pewnym człowieku, jego zwłokach podwórku i mentalności w  latach 80-tych.

Będąc dzieckiem byłam świadkiem pewnego nieszczęścia, które zapamiętam do końca życia mimo, że zdarzyło się około 30 lat temu.

Jak wiecie wychowałam się w „wesołych” latach osiemdziesiątych w poniemieckim bloku, do którego przynależało spore podwórko. W niczym nie przypominało wymuskanych placyków zabaw, jakie montuje się dziś na współczesnych osiedlach. Mentalność też była inna. Podwórko składało się z piaskownicy, do której wchodziły wszystkie osiedlowe zwierzęta i inne przybłędy w wiadomym celu. W tamtych czasach nie było aż tylu samochodów, ale te co były dały radę wyjeździć przez sam środek podwórka ścieżkę, która się wiecznie się kurzyła. Kurz unosił się nad jedną zardzewiałą drabinką i trzepakiem – naszym największym podwórkowym „skarbem”. Dwie marnej jakości huśtawki znajdowały się na sąsiednim podwórku, ale pójście tam wiązało się z pewnym ryzykiem, gdyż oba podwórka prowadziły ze sobą nieustającą „wojnę”. Na podwórku było też kilka ławek. Jedna z nich umiejscowiona była pod balkonami w cieniu lichego drzewka. Od czasu do czasu była naprawiona, w pozostałym okresie – połamana. Na ławce tej, albo na jej skrawku, w zależności od aktualnego jej stanu dewastacji, przesiadywał zwykle pewien starszy, wychudzony, wręcz ususzony, nieogolony mężczyzna. Codziennym jego zajęciem było szperanie w śmietnikach (kiedyś otwartych dla ogółu) w poszukiwaniu … pustych słoików. Swoje zdobycze mył hurtowo w wielkiej beczce, po tym jak uprzednio deszcz napełnił ją wodą, a czynności te wykonywał bardzo mozolnie siedząc na wspomnianej ławce. Zajmowało mu to całe dnie. Nad jego głową zwykle stała jego przeło-żona, lub też przyglądała mu się z balkonu. Dość postawna, zawsze z chustką na głowie i srogą miną. Nie było wątpliwości, kto ma jakie funkcje w tym związku. Jako dziecko zawsze porównywałam to małżeństwo do małżeństwa z bajki o rybaku i złotej rybce.

Któregoś ranka wspomniany mężczyzna, siedząc na ławce, wykonując codzienne czynności myjące, zastygł w bezruchu. My, bawiące się nieopodal niego dzieci, z początku nie zauważyliśmy różnicy. Był tylko nieco bardziej przygarbiony, niż zwykle. Jednak w końcu zaniepokoił nas jego bezruch. Kiedy się zorientowaliśmy, że pan nie oddycha, zawołaliśmy z jego żonę (wydzierając się wniebogłosy w kierunku jej balkonu – to była nasza podstawowa forma komunikacji z dorosłymi będącymi w domu).

Żona tego pana wyszła na balkon, odmachała nam na znak, że już schodzi. Chyba wiedziała co się stało, bo zeszła do nas już odpowiednio przygotowana – z dużym niebieskim workiem. W pierwszym odruchu do niej podbiegłam, bo … to był nasz worek, a konkretnie mój – na stare maskotki. Kilka dni wcześniej mój kot (zawsze miałam słabość do kotów) „pomylił” go z kuwetą, więc moja mama go umyła i wywiesiła do wyschnięcia (kiedyś się takich rzeczy najwyraźniej się wyrzucało). Niestety worek był słabo przymocowany i sfrunął z 2 piętra na podwórko, po czym natychmiast zniknął. Jak się okazało, zaopiekowała się nim żona bohatera dzisiejszej opowieści. Kiedy się zorientowałam, do czego ten worek ma posłużyć postanowiłam już nie protestować i nie domagać się zwrotu. Okoliczności bowiem wskazywały, że worek posłuży w „słusznej” sprawie.

Jak się domyślacie, pani, nie roniąc jednej łzy, okryła znalezionym (ale chociaż czystym), niebieskim workiem zmarłego męża i pozostawiając go na ławce oddaliła się do domu. Po jakimś czasie zwłoki tego pana zdążyły sztywnieć, ale mimo to – w pozycji siedzącej były trochę niestabilne.  Ktoś się zlitował (chyba jakiś dorosły) i ułożył mężczyznę na ziemi obok ławki. Niebieski worek nadal pełnił swoją funkcję. W tej leżącej pozycji mężczyzna – zanim doczekał się właściwego transportu – spędził cały dzień – aż  do samego wieczora. A my dalej graliśmy w Państwa Miasta…

Tak więc – jak widać – problem znany nie od dziś.

Instytucja kornera lub lekarza orzecznika mogłaby pomóc rozwiązać problem zgonów  w miejscach publicznych. Oczywiście nie rozwiąże go całkowicie, bo trzeba to jeszcze skorelować to chociażby z transportem zwłok.

W kilku miejscowościach starostowie – mimo braku regulacji ustawowych – zdecydowali o powierzeniu lekarzom zadań koronera w oparciu o środki samorządowe i z tego co mi wiadomo, pomysł się sprawdza.

W Ministerstwie Zdrowia powstał zespół do spraw opracowywania projektu nowej ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych. Póki co ustawę o cmentarzach nowelizuje się po kawałeczku. Zobaczymy co z tego wyjdzie na koniec.

Pytanie, co to za koniec i czyj będzie szybszy…

***

Jeśli podoba ci się tu i chcesz być na bieżąco – śledź Prawnika na macierzyńskim na Facebook’u i Google.

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

2 komentarzy

  1. ~ale.kow · 11 listopada 2016 Odpowiedz

    W sprawach poważnych warto korzystać z usług doświadczonego prawnika. Warto zajrzeć na: https://adwokat.stokowska.pl/
    Dobra kancelaria to nieoceniona pomoc w przypadku wszelkich wątpliwości prawnych. Przesłany przeze mnie link dotyczy kancelarii znajdującej się w Szczecinie. Szeroka gama oferowanych usług pozwoli większości potencjalnych klientów wyjaśnić wszelkie problematyczne kwestie.

  2. ~band pass filter · 8 sierpnia 2017 Odpowiedz

    To wspaniałe, dziękuję za dzielenie się, bardzo pomocne dla mnie!

Zostaw odpowiedź