Zwierzęta też mają prawa

Wczoraj obchodziliśmy Światowy Dzień Zwierząt.

Dzień ten został ustanowiony w 1931 roku na konwencji ekologicznej we Florencji i co ciekawe – rozpoczyna Światowy Tydzień Zwierząt (World Animal Week) – trwający do 10 października. To dobry moment żeby odskoczyć na chwilę od prawa związanego z dziećmi na rzecz praw zwierząt właśnie.

Pewnie nie wszyscy się orientują, że ich ukochane pupile: pies czy kot, których często traktują jak członków rodziny, według przepisów prawa nie mają tak uprzywilejowanej pozycji. Przeciwnie – zwierzęta w prawie w niektórych przypadkach traktowane są na równi z rzeczami.

Niestety prawo nie zapewnia zwierzętom należytej ochrony. Ludzie postępujący okrutnie wobec zwierząt, zbyt często pozostają bezkarni. A przecież pozostawienie w upalny dzień psa zamkniętego w samochodzie lub na balkonie, przesyłanie zwierząt w paczce i nadawanie ich kurierom, ale także głodzenie, bicie, czy wreszcie przywiązanie do drzewa w lesie to tylko niektóre, niestety nie rzadkie, przypadki bezmyślności , czy wręcz bestialstwa człowieka.

Planowane są zmiany ustawy o ochronie praw zwierząt, które zaostrzają kary, dla tych którzy dopuszczają się okrucieństwa wobec zwierząt, ale projekt ten póki co utknął w ścieżce legislacji.

Proponuje się rozszerzenie katalogu czynów uznawanych za znęcanie nad zwierzęciem oraz wprowadzenie zakazu trzymania psów na łańcuchu. Trzeba uregulować także kwestię pseudohodowli i wiele innych spraw.

Zanim napiszę coś więcej na temat proponowanych zmian, kar oraz miejsca, jakie w naszym ustawodawstwie zajmuje zwierzę, dziś zdradzę Wam co jeszcze zainspirowało mnie  do wpisu na temat praw zwierząt

Słabość do kotów nie umiera 

Podczas tegorocznych wakacji, w bardzo upalne i słoneczne sierpniowe popołudnie, mieliśmy okazję odwiedzić pewną wioskę na Dolnym Śląsku, w której jak to mówią, żeby pozostać w temacie zwierząt, „psy szczekają inną częścią ciała”. Prowadząc dzieci na spacer, jedyną główną drogą wiodącą wzdłuż gospodarstw domowych, spotkałam malutkie zabawne kocięta, które natychmiast radośnie obskoczyły mnie i chłopców  z każdej strony. Na moje oko kocięta miały pomiędzy od 1 do 1,5 miesiąca. Z miejsca stały się atrakcją nie do pobicia. Żaden dalszy spacer, żaden plac zabaw, żadne inne pomysły na spędzenie reszty dnia nie wchodziły już w grę. Zapchlone okrutnie – co mogłam naocznie stwierdzić i zapewne zarobaczone – czego z kolei ze zgrozą się domyślałam, ale jednocześnie przeurocze, skore do zabawy, nieustannie zaczepiały mnie i moich chłopców. Wszędzie za nami chodziły, a skoro tak – to po co w ogóle się od nich oddalać?

Ten tok rozumowania przeważył i w konsekwencji od tej pory większość naszego czasu spędzaliśmy siedząc przy wiejskiej drodze, na odcinku którym kociaki te urzędowały, pod śliwką stwarzającą pozory cienia, bawiąc się i dokarmiając te malutkie, bezbronne stworzenia. Wracaliśmy do nich przez kilka następnych dni, ale – jak to na wsi – zadziałała tzw. selekcja naturalna, bowiem kociąt ewidentnie ubywało. Jednego ktoś zabrał, inny zniknął bez śladu, etc. W efekcie, w dniu naszego wyjazdu została tylko jedna, bardzo oryginalna w umaszczeniu – czarno-czekoladowa, szylkretowa kotka o usposobieniu nadzwyczajnie łagodnym, chętna do zasypiania w każdej pozycji, byle w przytuleniu do człowieka. Mimo dziwacznych, nie zawsze delikatnych, pieszczot w wykonaniu moich synów, nie wyciągnęła do nich ani razu pazurków. Wystarczyło na nią zaledwie spojrzeć, a ona już mruczała z zadowolenia. Gdyby zawiązać jej nogi na kokardkę zapewne też wyrażałaby zadowolenie (ale nie próbowałam). Na moje „spec-oko” była niedożywiona i  miała anemię. Być może to właśnie z tego powodu była taka cierpliwa (wręcz apatyczna), ale pomyślałam, że nawet biorąc na to poprawkę – i tak stanowiłaby idealny materiał na pupila do domu, w którym mieszkają małe dzieci. Natychmiast sama skarciłam się za tę refleksję obawiając się jej konsekwencji.

Negocjacje w sprawie (nie) wzięcia kota

- No dobrze dzieci, pożegnajcie się z kotkiem, wsiadamy do samochodu, przed nami długa droga - powiedziałam w ostatnim dniu pobytu.

I wtedy padło pytanie, które musiało przecież paść:

- Mamoooo,  a czy możemy ją wziąć do domu? Proszę, proszę, proszę…

- Chłopcy, kotek jest tu bardzo szczęśliwy, ma tu dom, a do naszego jest przecież aż 500 km, gospodarz na pewno nie chciałby żeby ją stąd zabierać….

Mówiąc to czułam, że dalej tej narracji nie uciągnę, bo była z gruntu nieprawdziwa. Po błagalnym spojrzeniu obu chłopców i tej małej futrzanej istotki – wycofałam się z prezentowanej argumentacji dochodząc do wniosku, że wzięcie tego kota do siebie przecież wcale nie jest takie niemożliwe i w zasadzie nie ma żadnych przeciwwskazań do tego, żebyśmy stworzyli jej dom. Wszelkie znaki na ziemi, niebie i na zainteresowanym kocie wskazywały, że w przeciwnym razie to zwierzę może nie przetrwać wiejskiej selekcji naturalnej. Chłopcy chyba wyczuli to wahanie, bo napierali dalej.

- No dobrze – najwyraźniej wzięła górę słabość do tych futrzków - w takim razie chodźmy do gospodarza, zapytamy czy się zgodzi na to, żeby oddać nam tego kota - wypowiedziałam to łamiącym głosem licząc, że drzwi chałupy otworzy nam rolnik, który przypomni sobie o kotku i z miejsca otoczy go troskliwą opieką, co zwolniłoby mnie z dalszej odpowiedzialności za losy kota i pozwoliło zachować twarz przed dziećmi.

Jak się domyślacie, moje nadzieje były płonne. Gospodarz wydał nam kota z pocałowaniem w rękę. Do kota dorzucił kartonowe pudło żebyśmy mieli go w czym przewieźć i przypadkiem się nie rozmyślili.

Kiedy Mąż Prawnika na macierzyńskim, siedzący w samochodzie zobaczył mnie wracającą do auta i z kotem, i pudłem – „pochwalił” mnie za „naprawdę umiejętne” negocjacje ;)

W ten oto sposób, zupełnie nieoczekiwanie, ale może zgodnie ze swoim przeznaczeniem, stałam się właścicielem szylkretowej, malutkiej, mieszczącej się na jednej dłoni, ważącej tyle co nic, zapchlonej kotki, wyglądającej jak kupa nieszczęścia. O tym, że to kotka,  a nie kotek mogłam domniemywać po maści (szylkretowe są tylko kotki).

Kiedy wsiadaliśmy z pudłem i kotem do samochodu gospodarz nie krył ulgi, ale chyba ruszyło go sumienie, bo na odchodne postanowił nas ostrzec:

- Uważajcie, bo kot ma chyba pchły.

Dziękuję za informację, właśnie jedna po mnie skacze…

Powrót do domu. Z pudłem i z kotem.

W drodze do domu zboczyliśmy z trasy, by zajechać do najbliższego miasta. Odwiedziliśmy sklep zoologiczny w celu nabycia jakiegoś bardziej profesjonalnego „opakowania”, w którym można by kota bezpiecznie przewieźć (podarowany od serca karton okazał się nie dość skuteczny, kotka ciągle z niego wychodziła). Obowiązkowo odwiedziliśmy też weterynarza, który kotkę potraktował jakimś specyfikiem, który przyniósł kotce niesamowitą ulgę, bo sprawił, że pchły padały na naszych oczach jedna za drugą, dzięki czemu nie zdążyły się zadomowić w tapicerce naszego auta i pogryźć chłopców.

Kocie dolegliwości

Wkrótce okazało się, że kotka ma nie tylko pchły, robaki, anemię, ale także zapalenie dróg oddechowych i koci katar, który dla tak małych jak ona kociaków, często jest zabójczy. Do tego kaszel, dość spektakularny mówiąc szczerze, przypominający skrzek pterodaktyla (tak sobie przynajmniej to wyobrażam). Krótko po powrocie do domu kotka dostała wysokiej gorączki, która objawiała się tym, że dosłownie przelewała się przez ręce i prawie nie otwierała oczu! Obraz smutku i rozpaczy. 

Na szczęście tego ranka nie miałam żadnej rozprawy ani spotkania, więc natychmiast pojechałam z nią do weterynarza. Na pierwszą dobę kotka trafiła do kociego szpitala, potem woziłam ją na codziennie antybiotyki, leki przeciwzapalne, witaminy, kroplówki, itd… Wdrożyliśmy dyżury żeby w ciągu dnia do kota stale ktoś zaglądał.

Widmo, że być może kotki nie da się wyleczyć – przez moment całkiem realne – naprawdę mnie martwiło. Kotka wychudła jeszcze bardziej, musieliśmy dogrzewać ją termoforem! Codziennie rano przed wyjazdem do Kancelarii, w drodze do weterynarza nachodziła mnie taka refleksja:

Nie miała baba kłopotu, to sobie kota wzięła

Ale w gruncie rzeczy ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji. Zarówno ja, jak i dzieci coraz bardziej się do niej przyzwyczajaliśmy, chłopcy odnosili się do niej z troską i empatią. Mąż prawnika na macierzyńskim użyczył jej nawet swoją ulubioną bluzę na czas choroby, bo kotka uwielbiała się w niej ogrzewać… Słowem cała rodzina oszalała na punkcie kota.

Na szczęście kociak wziął się w karby i wykorzystał daną mu od losu szansę

Kocia wdzięczność

Kiedy piszę ten post, kotka siedzi mi na kolanach, głośno mruczy, jest w pełnej formie. Jej aktywność wzrosła o 200% i mimo to nadal nie wyciąga pazurów na chłopców (czasem jej się dziwię). Mam wrażenie, że tą cierpliwością i sympatią okazuje swoją wdzięczność.

Są też i pewne minusy: zajmuje coraz to bardziej eksponowane miejsce w naszym domu. Dość powiedzieć, że wyrażenie:

Mamo, teraz nie mogę, kot mi siedzi na kolanach” zagościło już u nas na dobre. Moje dzieci  nie chcą już spać w łóżku z pluszowym misiem…tym sam mój plan, że kot będzie spał w swojej nowej budce spalił na panewce.

***

 

Jeśli podoba ci się tu i chcesz być na bieżąco – śledź Prawnika na macierzyńskim na Facebook’u i Google.

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

1 komentarz

  1. ~Agnieszka · 14 listopada 2016 Odpowiedz

    Uwielbiam czytać posty na Pańskim blogu. Jestem zainteresowana tematami związanymi z prawem, chciałabym się w tym kierunku kształcić, ale niewiele jest blogów o tej tematyce.

Zostaw odpowiedź