Lekcja pokory

Jest 4.50 nad ranem. Uchyliłam jedno oko. Słońce wpadło do sypialni i rozpanoszyło się w niej na dobre. Zamknęłam oko myśląc co tu zrobić z tak wcześnie rozpoczętym dniem. Na początek…podelektuję się ciszą. Cały dom śpi, jest rewelacyjnie cicho jeśli nie liczyć rozśpiewanych za otwartym oknem ptaków. Nieźle im idzie. Skoro nikt inny ich nie słucha, śpiewają tylko dla mnie…

Minęło 15 minut mojego prywatnego słuchowiska. Jedynym otwartym okiem nieufnie zerkam na .. swoje niepokorne  kolana. Są na miejscu. Przychodzi moment refleksji…

Sport uczy pokory

Od czasu kiedy zaczęłam biegać, wykonałam zadziwiającą woltę, dzięki której zdaje się, że odrobiłam cenną życiową lekcję.

Od totalnego laika, który biegał jak go wiatr poniósł, przez entuzjastę, który zaliczał kolejne imprezy biegowe, „freeka”, który zakupił sobie domową bieżnię, połykał wszystkie dostępne  magazyny i blogi o bieganiu, do osoby, która – jak się okazało bez wystarczającego  przygotowania fizycznego – lekkomyślnie poważyła się na start w półmaratonie.  

Radość z tego ostatniego biegu była przeogromna! Przygodna niesamowita! Nigdy w życiu nie biegłam tak długo. To się biegło i biegło. W moim przypadku minęły długie godziny zanim dobiegłam do mety. Ale nie to się przecież liczyło! Nie biegłam na czas, traktowałam to w kategoriach wyzwania, przy okazji odbyłam cudowną wycieczkę krajoznawczą po Warszawie, bo trasa wiodła przez najpiękniejsze, skąpane w wiosennym słońcu arterie tego miasta. Organizatorzy zadbali nie tylko o cudowną trasę, co budziło pewne kontrowersje części mieszkańców, ale i o posiłki na trasie. Tak tak – dobrze czytasz ;) Mniej więcej co 5 km można było się zjeść banana, napić się wody lub innego napoju regeneracyjnego. Na początku wydawało mi się to przesadą, ale po 15 km, kiedy już najwyraźniej wyczerpałam swoje rezerwy, z przyjemnością z posiłków skorzystałam. Kończyliśmy bieg w Alejach Ujazdowskich. Szerokie ulice po obu stronach, niesamowici kibice, w tym moja niezawodna rodzina! Serce gnało do przodu, nogi o dziwo jakoś nadążały za porywem serca.

półmaraton

Ten bieg był dla mnie naprawdę dużym wydarzeniem i przyniósł ogromną satysfakcje. Tak rozłożyłam siły, że dobiegłam na metę z pełnym uśmiechem. Niemal zero bólu i niemal zero zakwasów. Po Biegu ku pamięci Żołnierzy Wyklętych doskonale wiedziałam, że ukończenie biegu to nie koniec wyzwań, a jedynie 60 sekundowy trucht na „rozluźnienie” i udanie się bezpośrednio do samochodu nie jest dobrym pomysłem. Kiedy w lutym nieopatrznie zrealizowałam ten kiepski plan, zanim dojechałam do domu okazało się moje mięśnie zastygły w pozycji siedzącej i nie pozwalają mi wyjść z samochodu. Tym razem po przebiegnięciu półmaratonu zrobiłam co trzeba. Co więcej, po przyjściu do domu od razu weszłam na swoją bieżnię. Mąż prawnika na macierzyńskim popukał się w czoło, ale ja wiedziałam co robię. Rzeczywiście na drugi dzień nie miałam prawie wcale zakwasów.

Na tym moja mądrość się skończyła. Poczułam wiatr we włosach, zew natury i tak mnie ciągnęło do przodu, że zamiast odczekać kolejnych  przynajmniej10 dni już po 3 zaczęłam znowu biegać.

To był koniec dla moich kolan.

Odmówiły współpracy, zwłaszcza prawe. Nie było sygnałów ostrzegawczych. Zastrajkowały od razu.

Co za niefart! Jak możecie mi to robić?

Tak się wciągnęłam! Przemeblowałam swoje życie, poczułam się taka silna i mocna, a wy mi takie numery? Co jest? Gdzie wasz duch walki?!

Nie posłuchały. Nie pomogła frustracja, gniew i żal.

Nie i kropka!

To była cenna lekcja, dzięki której zrozumiałam, co kryje się pod powiedzeniem sport uczy pokory.

Spuściłam głowę. Nisko. Niżej.

Po tym jak przez ułamek sekundy poczułam się „boginią biegania”, strącono mnie do parteru, a momentami chyba nawet do piwnicy. Nie mogłam przebiec nawet 1 km bez bólu!

Upływ czasu, mozolne ćwiczenia i konsultacje lekarskie dawały mi jakąś nadzieję. Znalazłam lekarza, który na dzień dobry spojrzał mi w kolana, a potem w oczy i od razu udzielił mi odpowiedzi na niewypowiedziane jeszcze przeze mnie pytanie:

Proszę się nie martwić…nie straci pani sezonu.

To było jak balsam na moją duszę! Kompletnie nieistotne, że to przecież była mrzonka, że ostatecznie i tak musiałam pousuwać z kalendarza zaplanowane już na ten rok imprezy biegowe, ale to właśnie wtedy pragnęłam usłyszeć od tego pana. Zostaję u niego. To jest mój Pan Doktor ;)

Jak się domyślacie Mój Pan Doktor nie jest zwolennikiem rekonwalescencji na kanapie i całkowitego odstawienia biegania. Na początek otrzymałam zezwolenie na marsz. Mój Pan Doktor sam się skrzywił jak mi to oznajmił:

Domyślam się, że pani to nie w pełni satysfakcjonuje, ale jeśli nie będzie bolało może pani po tygodniu zamienić na 1 km marszu i 1 km truchtu, 1 km marszu itd.

Bolało.

Kolana bardzo szybko dawały o sobie znać, więc nawet nie myślałam o wprowadzaniu czegoś bardziej żwawego. Tak to trwało.

Z czasem jednak zaczęłam truchtać więcej i dłużej. To nic, że mój trucht obecnie przypomina dreptanie w miejscu, ale mogę chyba już go nazwać biegiem.

Moi drodzy, przygodę z bieganiem zaczynam od początku!

***

Otwieram więc drugie oko. Kolana już nie wyglądają jakby ze mnie drwiły. To dobry znak. Wstaję, bo czas je rozruszać…

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

3 komentarzy

  1. ~Anna Piotrowska · 1 października 2016 Odpowiedz

    Zgadzam się, że sport uczy pokory. Bo pokazuje, że nie jest tak prosty, jak może się to wydawać z boku. Wymaga dużo samozaparcia, zanim się zacznie nie tylko przynosić efekty, ale również przyjemność. 3 lata temu zaczęłam biegać. Pierwsze pół roku, było ciężką walką… teraz nie potrafię sobie wyobrazić tygodnia bez przynajmniej 3 dni z biegiem ;)

Zostaw odpowiedź