Rzeczy niemożliwe załatwiamy od ręki, a na cuda trzeba trochę poczekać

Takie motto powinno przyświecać wszystkim prawnikom, zgadzacie się z tym?

Ludzie maja problemy z prawem, a prawnicy są po to żeby je rozwiązywać. Dokładnie takie jest oczekiwanie społeczne. I słusznie. Ale nie zawsze jest na to szansa. Często warunkiem sine qua non jest to, żeby klient współpracował z nami od samego początku. 

Nie zawsze oczekiwania naszych klientów są do spełnienia, a przynajmniej nie od ręki. Jeśli jest to sprawa, która wymaga zaangażowania sądu, biorąc pod uwagę opieszałość wymiaru sprawiedliwości, na efekt czekać trzeba wiele lat, o czym kiedyś pisałam w Absurdach polskiej wokandy, a i sam efekt przecież gwarantowany też nie jest.

W przypadku problemów lub wątpliwości prawnych naturalnym krokiem jest udanie się do kancelarii prawnej. Jednak nie dla wszystkich jest to oczywiste. To trochę tak jak z przeziębieniem. Na początku leczymy się sami, dopiero jak po 3-4 dniach nie przechodzi udajemy się do lekarza.

Wśród naszych klientów jest pod tym względem bardzo różnie. Część ludzi, zupełnie niezorientowana w prawie, albo przeciwnie – zorientowana i zdająca sobie sprawę z potencjalnych komplikacjach – zgłasza się do prawników od razu, tj. już na początku sporu albo nawet przed jego rozpoczęciem w celu uniknięcia potencjalnych problemów z np. kontrahentem lub małżonkiem.

Mogę to jedynie pochwalić. I nie dlatego, że przemawia przeze mnie chęć domniemanego zysku, który może się z tym wiązać, ale raczej z tego powodu, że taka zapobiegliwa postawa pozwala uniknąć większych kłopotów samym zainteresowanym, a co za tym idzie – pozwala im zaoszczędzić kosztów.

Jest jednak taka część klientów, która do pewnego momentu radzi sobie sama. Dzisiaj bez problemu można ściągnąć różne wzory pism procesowych z Internetu. Co za problem odpowiednio uzupełnić dane i wysłać do sądu?

Kłopot pojawia się wówczas, gdy sąd I instancji nie zaaprobuje stanowiska zaprezentowanego w piśmie. I  co wtedy? Wtedy oczywiście klienci zgłaszają się do prawników. Już z wydanym wyrokiem, w którym sromotnie przegrali i w dodatku muszą zwrócić koszty postepowania procesowego drugiej stronie.

Pani mecenas co ja mam teraz z tym zrobić?

Cała nadzieja w II instancji!

W polskim wymiarze sprawiedliwości jest coś takiego jak apelacja (lub zażalenie). Oznacza to, że od wydanego wyroku (postanowienia) można się zasadniczo odwołać.

Od wyroku sądu pierwszej instancji przysługuje apelacja do sądu drugiej instancji.

Apelację od wyroku sądu rejonowego rozpoznaje sąd okręgowy, a od wyroku sądu okręgowego jako pierwszej instancji – sąd apelacyjny.

Walka z czasem

Apelację wnosi się do sądu, który wydał zaskarżony wyrok – czyli do sądu I instancji, w terminie dwutygodniowym od doręczenia stronie skarżącej wyroku z uzasadnieniem.

Nie wszyscy jednak wiedzą, że jeżeli strona nie wnosiła o sporządzenie i doręczenie uzasadnienia wyroku w przepisanym 7 dniowym terminie, termin na wniesienie apelacji liczony jest inaczej -  tj.  biegnie od dnia, w którym upłynął termin do zgłoszenia wniosku o uzasadnienie, czyli zasadniczo wynosi 21 dni.

Uwaga! Inaczej się liczy termin dla zażalenia na postanowienie - do wniesienia zażalenia jest tygodniowy i liczy się od doręczenia postanowienia, a gdy strona nie zażądała w terminie przepisanym doręczenia postanowienia zapadłego na rozprawie – od ogłoszenia postanowienia.

Z powyższego wynika, że podczas sporządzania apelacji (zażalenia) prawie zawsze walczy się z czasem. Zwłaszcza jeśli klient zgłosi się do kancelarii już w trakcie biegu terminu i tak naprawdę zostaje raptem kilka dni.

Oczywiście nie trzeba chyba pisać, że zdecydowanie z większym spokojem pracuje się nad apelacją, jeśli mamy wnieść odwołanie od wyroku I instancji, podczas której reprezentowaliśmy klienta i mamy wiedzę na temat przebiegu postepowania przez I instancja, to jest np. przebiegu przesłuchań biegłych, świadków, stron itd.

Ale bardzo często nie mamy tej szansy, bo klient postanowił reprezentować się sam. Albo co gorsza – reprezentował go jakiś prawnik, który poprowadził sprawę dość wątpliwie.

Prawnik, do którego trafia sprawa na etapie apelacji musi zebrać i przeanalizować cale akta I instancji, ocenić poprawność i uzasadnienie orzeczenia i jeszcze napisać apelację żeby miała tzw. ręce i nogi. To jest naprawdę spore wyzwanie zwłaszcza jeśli sprawa w pierwszej instancji ciągnęła się latami – co jest typowe, a nadto klient nie ma w swoich zasobach wszystkich składanych przez siebie i drugą stronę pism procesowych, czy postanowień sadu i akta w tym zakresie trzeba dopiero odtworzyć – co też jest typowe.

Często kończy się to tym, że prace nad taką apelację są prowadzone dosłownie po nocach, żeby zdążyć ją wnieść w prawidłowym terminie, bo termin ten jest zasadniczo nieprzywracalny.

Oczywiście prawnicy procesowi mają to wkalkulowane w zawód i liczą się z tym, że od czasu do czasu przyjdzie im przesiedzieć cały weekend lub święta przed komputerem albo aktami. Nie chodzi tu o nasz komfort pracy, ale o fizyczne możliwości i to jaki to może mieć wpływ na całokształt sprawy.

Często, że w efekcie tego pospiechu, czy niedostatku wiedzy taka apelacja nie jest tak dobra (i skuteczna), jaka mogłaby być gdyby prawnik prowadził sprawę od samego początku, znał ją i mógł skoncentrować się już wyłącznie na pisaniu i uzasadnianiu zarzutów do orzeczenia I instancji. Tak więc miejcie ten aspekt na uwadze jeśli będziecie rozważać na jakim etapie się zgłosić do prawnika. Poniżej pddaję wam pod rozwagę kolejny -równie istotny.

Walka z rygorem dowodowym

Walka z czasem to nie jedyne wyzwanie dla prawnika, do którego sprawa trafia na etapie apelacji (zażalenia). Najgorsze są tzw. ograniczenia dowodowe.

Najgroźniejszym dla was w tym zakresie jest przepis kodeksu postepowania sądowego – ulubiony przepis sędziów orzekających w II instancji – zgodnie z którym sąd drugiej instancji może pominąć nowe fakty i dowody, jeżeli strona mogła je powołać w postępowaniu przed sądem pierwszej instancji, chyba że potrzeba powołania się na nie wynikła później.

Pamiętajcie moi drodzy o tym przepisie, bo jest on bardzo niebezpieczny.

Przepis ten w praktyce jest stworzony po to, żeby koncentracja materiału dowodowego miała miejsce na etapie postepowania I instancji. Wynika to z tego, że postępowanie apelacyjne pomimo swojego charakteru rozpoznawczego, jest przede wszystkim postępowaniem kontrolnym. Przepis ten jest interpretowany  bardzo rygorystycznie. Sądy stoją na stanowisku, że potrzeba powołania nowych faktów i dowodów powinna być następstwem zmienionych okoliczności sprawy, które są niezależne od zapadłego rozstrzygnięcia pochodzącego od sądu pierwszej instancji albo otwarcia się możliwości dowodzenia okoliczności faktycznych wcześniej niemożliwych do wykazania z przyczyn obiektywnych. Strona, która dopuszcza się zaniedbania w zakresie przysługującej jej inicjatywy dowodowej w postępowaniu przed sądem pierwszej instancji, musi się liczyć z tym, że sąd drugiej instancji jej wniosku dowodowego nie uwzględni.

A więc macie kolejny istotny powód żeby nie zwlekać i zaangażować profesjonalnego prawnika już na etapie pierwszej instancji. Potem, zaangażowany przez was prawnik, choć nie wiem jaki by nie był dobry, może nie zdołać przewalczyć tego rygoru dowodowego. To może spowodować, że wasze słuszne twierdzenia zostaną uznane za nieudowodnione, co oczywiście może doprowadzić do przegrania całej sprawy.

Musicie się wówczas liczyć z tym, że nie będziemy dla was w stanie wykonać rzeczy, które w innym scenariuszu byłyby zupełnie możliwe.

***

Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, odwiedź mnie na facebooku i dołącz do grona fanów Prawnika na macierzyńskim.

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

Zostaw odpowiedź