Wiśta wio koniku, krótko o tym dlaczego na długo zniknęłam

Skrucha…

Tytuł tłumaczy się sam, więc lead niepotrzebny. A zatem zamiast tego na wstępie muszę się usprawiedliwić za moją dłuższą nieobecność na blogu. Jeśli ktoś z tego powodu się smucił, to mi przykro. Jeśli  byli tacy, co mysleli, że to koniec Prawnika na macierzyńskim, to ich rozczaruję. Wróciłam! 

W dużej mierze nieobecność ta wywołana została dość nieoczekiwanym wyjazdem, jego organizacją, jego przeżywaniem, a na koniec organizacją rzeczywistości po powrocie, co też było sporym wyzwaniem.

Prawnik na macierzyńskim (który jak wiecie wprawdzie na macierzyńskim nie jest już od ponad 3 lat, ale matkuje nieustannie), dostał od macierzyńskiego wolne!

Dzieci zostały pod opieką ukochanej i niezastąpionej Babci, a ja chwyciłam Męża Prawnika na macierzyńskim pod rękę i ruszyłam tropem Indian z plenienia Cherokee. W dodatku nie byle na czym, bo na indiańskim koniu!   

Żeby  opisałać wam szczegóły tej podróży,  musiałabym poświęcić na to kilka wpisów i jeszcze wyszedłby z tego blog podróżniczy. Więc może sobie to podaruję…

Uchylę wam jednak trochę obrazu – tak wygląda świat Cherokee spomiędzy końskich uszu.

cherokee.min.

Dodam, że być może jestem lekko stuknięta pod tym względem (ci, co mnie znają nawet przez grzeczność nie zaprzeczą), ale  uważam, że w ogóle najpiękniejszy widok pośród wszystkich innych, to taki, który wyziera spomiędzy uszu konia.  I nie ważne czy w oddali są Appalachy, wiecznie zadymione Smoky Mountains czy Góry Świętkrzyskie. Warunek jest tylko jeden. Wiadomo jaki. 

Zdradzę wam jeszcze na koniec, że Mąż Prawnika na macierzyńskim, który ogólnie o koniach ma takie zdanie, że to „dzikie i niebezpieczne bestie„…też dał się namówić (w alternatywie miał opcję samotnego pozostania na Szlaku Łez). Konie okazały się całkiem bezpieczne i cierpliwe, a Indianie cywilizowani. Wróciliśmy więc całości.

Zdążyłam się porządnie stęsknić za dziećmi, a to zawsze wychodzi macierzyństwu na dobre. Rodzicom, którzy mają w tym względzie jakieś wątpliwości, z czystym sumieniem polecam taką rozłąkę;) Oczywiście pod warunkiem, że krótkotrwała i od czasu do czasu!

Tyle o mojej nieobecności, koniach i im podobnych, wracamy do prawa. Dziś na tapecie 7 latki  znowu w szkole – czyli reforma reformy.

***

Jeśli uważasz, że informacje tu zawarte mogą być przydatne dla innych, podziel się nimi linkiem.

Jeśli podoba ci się tu i chcesz być na bieżąco – śledź Prawnika na  macierzyńskim na Facebook’u i Google.

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

11 komentarzy

  1. ~Jurek · 7 czerwca 2016 Odpowiedz

    Witam

    A ja chciałbym wyrazić przeciwstawną opinię. Jestem ojcem 6 latki (już prawie 7 latki), która 1 września 2015 roku rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. I z mojego subiektywnego punktu widzienia nie uważam tego za problem. Moja córka jest dość emocjonalna, ale dobrze odnalazła się w grupie, jest lubiana i chwalona przez nauczycieli. Wg mnie zostanie w przedszkolu jeszcze rok byłoby tylko stratą czasu. Uważam, że daliśmy tej reformie za mało czasu. Chciałbym, żeby wprowadzając takie zmiany poczekać 10, 15 lat i podjąć decyzję. Bo najgorsza możliwość to ciągłe zmiany, brak pewności.

  2. ~Beata · 8 czerwca 2016 Odpowiedz

    Ja jestem rozdarta :-) No, moze nie clkiem. Juz sie kiedys wypowiadalam, ze nie jestem przeciwna posylaniu 6-latkow do szkoly, (dla wyjasnienia ewentualnych okrzykow zgrozy – moje dzieci, ze wzgledu na miejsce zamieszkania podjely edukacje w systemie brytyjskim, nadmienie, ze nie mieszkamy w UK) ale nie moge sie zgodzic ze zdaniem Pana Jurka. Moim skromnym zdaniem – danie 10-15 lat na podjecie decyzji o zmianach. Poniewaz (dyskutowalam o tym wczesniej) cala infrastruktura edukacyjna (ale mi potworek jezykowy wyszedl) nie bya sprawnie przygptpwana do pierwszej reform – odczekanie 10-15 lat nie zmieniloby brakow I bledow, a spowodowaloby tylko przyzwyczajenie sie spoleczenstwa. Niestety – poprzednie zmiany zostaly wprowadzone „bez glowy”, czego konsekwencja byl niesamowity chaos. Skutkiem czego – przepelnienie w szkolach, dzieci, chodzace do szkol na „zmiany”, itd…
    A teraz zahacze o inny temat – z edukacja powiazany -Pomimo zmian ustrojowych i spolecznych, dzieci i mlodziez w Polsce ucza sie wedlug wciaz tego samego schematu jak przed polwieczem… Sluchalam niedawno audycji w lokalnym radiu, do ktorej to audycji zostali zaproszeni swiatowi eksperci w dziedzinie edukacji… Szczeka mi opadla, gdy tlumaczyli koniecznosc zmian w programach i nastawienie na cele edukacyjne i ksztalcace, ktore powinny byc dostosowane do zmian, ktore dokonuja sie globalnie na swiecie… Jednym z wznych punktow bylo omowienie tendencji w dostosowywaniu podejscia szkol do uzytkownia tabletow na lekcjach. Powoli odchodzi tendencja zakazywania przynoszenia „gadzetow” do szkol, a w jej miejsce tablet (czy inne elektroniczne swinstwo) zostaje wprowadzane jako pomoc naukowa, ktora nie ma za zadanie wypierac tradycyjnych pomocy naukowych, ale powinna sluzyc do wzbogacenia umiejetnosci ucznia… Porownujac edukacje w Polsce (jestem z wyksztalcenia polonista o specjalnosci nauczycielskiej), z tym, w jaki sposob i czego ucza sie moje dzieci – uwazam, ze zamiast wprowadzac nie do konca przygotowane zmiany zwiazane z wiekie dziecka idacego do szkoly, Polscy decydenci powinni troche czasu poswiecic na zmiany w szkolach, ktore beda mialy wplyw na przyszle pokolenia.
    Dodam, ze moja 18-letnia corka nie wie jakie miasto jest stolica Peru, poniewaz nikt jej nie kazal uczyc sie na pamiec panstw i ich stolic, natomiast porusza sie sprawnie w dziedzinach ekonomii, czy psychologii. Od kilku lat jest zdecydowana w kwestii przyszlego zawodu i obrala taka droge edukacji, ktora jej ulatwi przyjecie na studia… Wiedza encyklopedyczna, ktora do dzisiaj jest wymagana w polskich szkolach nie ma realnego przelozenia na zycie w dzisiejszym swiecie. Jest tylko dowodem na lepsze lub gorsze zdolnosci w zapamietywaniu, ale w zaden sposob nie ksztalci krytycznego myslenia… Hmmm chyba wlasnie odpowiedzialam sobie na pytanie dlaczego wyedukowani w Polsce kolejni Ministrowie Edukacji nie potrafia wprowadzic wartosciowych reform tego systemu…
    Na koniec przepraszam za bledy w pisowni.

    Pozdrawiam serdecznie,

    Beata

  3. ~Jurek · 10 czerwca 2016 Odpowiedz

    Mając na myśli okres 10-15 lat chodziło mi o raczej o konieczność sprawdzenia jak te dzieci radzą sobie na następnych etapach edukacji (gimazjum, szkoła średnia czy też szkoła wyższa) i dopiero na podstawie takich danych możnaby określić sensowność czy bezsensowność reformy. Takie procesy są długofalowe i dlatego trzeba czekać długo z ich oceną. Zdaję sobię sprawę, że wiele działań było robionych „na szybko”, byle jak i mogły powodować chaos. Niestety wiele rzeczy w Polsce jest tak realizowanych. Co do nauki typowo pamięciowej to mam na jej temat mieszane uczucia. Zdaje sobie sprawę, że w przypadku dostępu do internetu możliwość sprawdzenia stolicy Peru nie jest żadnym problemem, ale co jeżeli ten tablet się zepsuje, albo braknie prądu. Edukacji potrzebna jest reforma od zawsze, ale nie uważam, że to powinna być reforma na zasadzie do wczoraj nie było tabletów i inny gadżetów, a jutro jest to obowiązkowe. Bo doprowadzimy do tego, że dziecko będzie może i super biegłe w obsłudze urządzenia, ale jednocześnie straci całą otoczkę kulturową związaną z poznawaniem świata z książek i atlasów. Ile te źródła zostawiają miejsca dla wyobraźni. Na koniec chciałbym tylko zwrócić uwagę na jeden fakt – ludzie wyszktałceni w Polsce wg niedoskonałego systemu edukacji są dość wysoko cenieni przez pracodawców na całym świecie za umiejętność improwizacji, dużą wiedzę i fachowość.

    • ~Beata · 10 czerwca 2016 Odpowiedz

      Panie Jurku, Dzieci poslane do szkoly nawet w wieku 5 lat, jak to ma miejsce w edukacji brytyjskiej – radza sobie swietnie. Nauka na poziomie 5-letniego dziecka jest wazna i biorac sobie za wzor kraje, w ktorych dzieci ida wczesniej do szkoly – wcale nie jestem przeciwna. Ale zeby taka reforme wprowadzic, nalezy przede wszystkim wyksztalcic kadry nauczycielskie, ktore beda przygotowane, zeby moc sie zajac edukacja dzieci na tym etapie. Czyli – na pierwszy ogien powinno pojsc szkolnictwo wyzsze, poniewaz wyksztalcenie tych, ktorzy beda zajmowac sie naszymi maluchami jest w tym przypadku pierwszym etapem. Ten etap nie zostal w zadnym wypadku „ruszony”. Co za tym idzie – nauczyciele, ktorzy poruszaja sie sprawnie w zaakresie obcowania z dziecmi 7-letnimi moga miec problemy z dostosowaniem swoich metod do nauczania dzieci mlodszych. Poniewaz reforma nie przewidzial doksztalcenia nauczycieli – oni sami metoda prob i bledow musieli dostosowywac sie do nowej sytuacji. Jako przyklad niech posluzy myslenie abstrakcyjne, ktore jest istotne w nauczaniu matematyki – Wyksztalca sie ono do okolo 7 roku zycia, dlatego pierwszoklasisci nie maja zazwyczaj problemow z liczeniem. Duza czesc 6-latkow jednak jeszcze liczenia „nie ogarnia”, poniewaz sa do tego nie przygotowane. Juz na poczatku moze dotknac ich trudnosc edukacyjna i opoznienie w opanowaniu programu. I to nie z ich winy. A poniewaz program nauczania jest skonstruowany blokowo – czyli po opanowaniu pierwszego bloku, przechodzi sie do nastepnego – braki z podstaw matematyki – beda rzutowaly na ich pozniejssza nauke tego przedmiotu. Z innej beczki: 6-letnie dzieci maja jeszcze tendencje do dysgrafii dzieciecej. Pisza w sposob nazywany „lustrzanym odbiciem” lub myl podobne literki, mieszjac np. „b” i „d”. I tutaj znow moze sie pojawic problem, bo dzieci w wiekszosci przypadkow z tego wyrastaja, ale brak tej specyficznej wiedzy nauczyciela moze znow rzutowac na nauke.
      Wroce do tabletow – jak zaznaczylam w poprzedniej wypowiedzi – tendencja wprowadzania elektroniki do szkoly nie ma na celu wyparcia tradycyjnych metod nauki, ale wzbogacenia zrodel oraz krytycznego podchodzenia do niektorych.
      A my jako narod jestesmy bardzo ambitni, co skutkuje uznaniem w srodowisku pracodawcow w krajach wysokocywilizowanych. Niestety nie przeklada sie to na osiagniecia naukowe – prosze zauwazyc, ze brak nam znaczacych sukcesow w dziedzinach naukowych na miedzynarodowej arenie – jako przyklad podam Nagrode Nobla. Brak nas na tym polu i nie jestesmy jako naukowcy rozchwytywani przez swiatowe osrodki badawcze. A to jest jednym z wyznacznikow skutecznosci systemow edukacyjnych na swiecie.
      Pozdrawoam Pana bardzo serdecznie,
      Beata

      • Prawnik na macierzyńskim · 15 czerwca 2016 Odpowiedz

        Część Beato, kopę lat! miło mi że tu nadal zaglądasz. Twoje spostrzeżenia jak zwykle cenne ;)jednak zgodzić się należy z kolegą, że mimo to dobrze wykształceni Polacy są doceniani za granicą.To docenienie zwykle przejawia się wyższym wynagrodzeniem, na które niestety nie mogą liczyć u nas, bo warunki są jakie są.

        • ~Beata · 15 czerwca 2016 Odpowiedz

          Alez ja sie jak najbardziej zgadzam z tym, ze jestesmy doceniani jako pracownicy, zwlaszcza na zachodzie. I nie neguje tego, ze jestesmy dobra, wykwalifikowana sila robocza. Na prawie kazdym zawodowym poziomie. Jedynym miejscem, gdzie nas brak, to wysokiej rangi instytuty badawcze. I niestety, upatruje w tym winy brakow w systemie edukacyjnym, a pozniej w systemie badawczym w Polsce. Nasze osrodki badawcze kuleja i co za tym idzie – nie „produkujemy” naukowcow, ktorzy byliby zatrudnianiu gdziekolwiek za granica. „Gdziekolwiek”, to miejsca, ktore licza sie na mapie instytutow naukowo-badawczych. I tutaj nasuwa sie konkluzja – gdyby reforme szkolnictwa przeprowadzono „z glowa”, to kto wie? Moze za nastepne dwa pokolenia moglibysmy nadrobic nasza nieobecnosc na polu swiatowym? A moze to wlasnie u nas, w Polsce istnialyby w koncu liderujace w swiecie instytuty badawcze? Marnujemy, niestety nasz intelektualny potencjal.

    • Prawnik na macierzyńskim · 15 czerwca 2016 Odpowiedz

      Zgadzam się z Tobą Jurku co do tego, że doceniają nas za granicą. jednak czekać aż nieudana i niechciana przez społeczeństwo reforma przyjmie się przez 15 lat to zdecydowanie niedobry pomysł z tych powodów o których m.in. pisała Beata. Poza tym ekseperymentujemy w tym przypadku na żywych organizmach-dzieciach.

  4. ~wisznu · 15 czerwca 2016 Odpowiedz

    no i właśnie tu jest problem typowo polski:
    najpierw na hurra rzucaja się na reformowanie wszystkiego wszędzie na raz, na zasadzie:
    „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!”

    W efekcie wychodzi z tego akcja typu „pożar w burdelu”

    A potem, zamiast z tego wyciągnąć jakies wnioski – równie gwałtownie sie z tego wycofujemy. I efekt jest ten sam, znowu pozar w burdelu i klecenie, drutowanie, byle jakoś to działało. Znowu problemy…
    A jak zwykle cierpią na tym przede wszystki dzieci.

    Czy my nigdy nie nauczymy sie przeprowadzać reform w cywilizowany sposób?

    • Prawnik na macierzyńskim · 15 czerwca 2016 Odpowiedz

      Winszu, nie popełnia błędów kto nic nie robi. Stagnacja pod względem jakichkolwiek reform trwała w tym kraju dostatecznie długo. Za długo. Nie jestem fankę wszystkich ostatnich nowelizacji, np. ustawy rolnej -do której mam spore zastrzeżenia, ale akurat nie mogę się zgodzić z takim postrzeganiem reformy polityki prorodzinnej – którą częścią jest 500+, i tak katastrofalną wizją jej skutków, jaka opisana jest na blogu w podrzuconym przez Ciebie linku.Polacy to nie jest naród pijaków i wykolejeńców. Rozejrzyj się wokół siebie i zobacz ilu „normalnych” i zwyczajnych ludzi Cię otacza.

      • ~wisznu · 15 czerwca 2016 Odpowiedz

        Problem w tym, że nie potrzeba wielkich tłumów, by pogorszyć nam poczucie bezpieczeństwa, czy nawet by mieć realny wpływ na ustawy.
        Jak dobrze wycerklować, to wystarczy jedna osoba w odpowiednim miejscu.
        Przecież dla jednego Trynkiewicza stworzono calkiem nową ustawę (i przy okazji – kolejny przykład babola, kiedy typowo po polsku, bezmyślnie uznano, że wszyscy osadzeni za PRLu to polityczni i należy się zbiorowa amnestia… naprawdę, mam wrażenie, że każda polska reforma jest uwalona babolami widocznymi już na pierwszy rzut oka. Nie wiem tylko czy to efekt tego, że nikt w parlamencie ustaw nie czyta, czy to celowe działanie i realizacja czyichś interesów. Czasem mam wrażenie, że to drugie, bo naprawdę wydaje się to nieprawdopodobne, żeby nikt się niczego nie nauczył).

        Ostatnie zamachy w Europie też nie były organizowane przez te tłumy imigrantów. Wystarczyła zaledwie garstka, żeby dać pretekst nawet naszym władzom do wprowadzania ustawy inwigilacyjnej…

        A wracając do tematu – osobiście nie jestem przeciw wprowadzaniu sześciolatków do szkół. Wręcz przeciwnie. Ale wystarczy się zastanowić, że nie da się tego zrobić od zaraz. Że potrzebny jest etap przejściowy. I wprowadzając i wycofując reformę.
        Chociażby ze względu na problem zmienności rozwoju dzieci. Przeciez nawet taki laik jak ja jestem w stanie sobie wyobrazić, że najprostszym sposobem w miarę płynnej zmiany jest powielenie pomysłu z przesuwaniem emerytur. Czyli np. w pierwszym roku reformy do szkół posłać dzieci urodzone w pierwszym kwartale roku, bo statystycznie one są rozwojowo najbardziej zbliżone do 7-latków, więc najmniej będa odstawać.
        A wtedy i nie pojawią się nagle pustki w przedszkolach, i nie zapchają się szkoly (i pierwsze klasy z ilościa dzieci zwiększoną o 100%) małymi dziećmi. W drugim roku przerzucić do szkół dzieci z drugiego kwartału…, itp. I takie przejście rozciągnięte na 4 lata daloby wiekszą płynność i tez ułatwiłoby przestawienie się nauczycieli na prace z młodszymi dziećmi (albo np. przekwalifikowanie opiekunów przedszkolnych do pracy w szkołach), do których trzeba mieć inne podejście…
        A jak wycofywać się z reformy to niestety też trzeba po kawałku, od tyłu. Bo w efekcie problem spychany jest na przedszkola, w których nie rzadko już brakuje miejsca. Już u mnie w mieście, znajomej przedszkole postawiło ultimatum – jeśli nie odda swojego 6-latka do szkoły, to nie przyjmą jej młodszego dziecka.

Zostaw odpowiedź