Trudny żywot pierwszoklasisty i jego rodzica

Wiem, że się ostatnio rzadziej do was odzywam, ale bynajmniej nie dlatego, że się obraziłam. Mam z tego powodu poczucie winy, ale dosłownie nie wyrabiam na zakrętach. Ot i cała tajemnica.

Mój młodszy syn zaczął edukację przedszkolną (i to jest do przeżycia, choć swoje implikacje ze soba niesie), ale ten starszy poszedł do pierwszej klasy szkoły publicznej (i tu już znacznie gorzej). A ja niedługo wyląduję w Tworkach (całe szczęście mam niedaleko).

Edukacja w przedszkolu
Pracujesz, masz dziecko w przedszkolu, jesteś zaganiana, zmęczona i czasem nie wiesz jak się nazywasz? Może tego jeszcze nie wiesz, ale czas przedszkola to Eldorado dla rodziców. Oczywiście na etapie przedszkola możesz nie zdawać sobie z tego sprawy (to normalne), ale jak tylko wkroczysz w etap szkoły przekonasz się boleśnie, że to jeszcze nie był szczyt twoich możliwości.

Przedszkolaka odprowadzasz rano do grupy, pomagasz przebrać kapcie i machasz na do widzenia. Na miejscu przedszkolak je śniadanie, obiad, podwieczorek, potańczy, poćwiczy, pouczy się języka obcego. Jak masz kaprys, to zapiszesz go dodatkowo na ceramikę, czy inną robotykę. Wszystko odbywa się w ramach zajęć przedszkolnych, a twoim zadaniem jest tylko pamiętać, żeby odebrać dziecko o czasie. A mimo to wydaje ci się, że doba za krótka.

Drogi rodzicu, doceń ten etap, bo wkrótce odczujesz na własnej skórze, że doba może być jeszcze krótsza. Kiedy? Wtedy, kiedy twoje dziecko pójdzie do pierwszej klasy szkoły publicznej. Moje właśnie poszło. Listopad za pasem, a ja wciąż nie mogę wejść w nowy rytm.

Szkoła, czyli hurtownia
Reforma edukacji, pt. 6-latki do szkoły wywołuje nadal wiele kontrowersji, a w szkołach spowodowała sporo zamieszania, co przyznają same szkoły.
Za moich czasów – mimo, że urodziłam się w tzw. wyżu demograficznym – były 3 klasy pierwsze A,B,C. Tymczasem okazuje się, że na skutek reformy w niektórych Warszawskich szkołach należało zorganizować klasy od A-P. W jednej szkole! Jak tak dalej pójdzie, to niebawem zbraknie alfabetu ;(
Za wprowadzeniem reformy edukacji rzekomo stała konieczność „dorównania” polskiej edukacji do poziomu edukacji w innych krajach zachodnich.

O tym, że jest to jedna wielka ściema pisałam we wpisie Głos w sprawie 6 latków. Rzeczywiste powody wprowadzenia reformy są zupełnie inne, ale nie chcę się powtarzać. Kto chce może o nich poczytać we wczesniejszym wpisie.

Konsekwencje reformy są jednak takie, że najzwyczajniej w świecie pogorszyła się jakość nauczania dzieci i to mogę osobiście potwierdzić jako mama ucznia pierwszej klasy.

Mało kto wie, że reforma uderza także w 4 latki, które dzięki nowelizaji ustawy są z kolei objęte obowiązkiem przedszkolnym. Obowiązek ten niestety często nie jest realizowany w przedszkolach – bo te są likwidowane z braku pieniędzy – ale w oddziałach szkolnych przy gimnazjach, a czasem nawet przy liceach. Wyobraźmy sobie tłum gimnazjalistów z i ich problemami, a pośród nich na korytarzach pałętające się 4 latki…

Jak nie nazywać takiej placówki inaczej niż „hurtownią dzieci”?

Wieczorowa podstawówka
Jak zorganizować nauczanie dla tylu klas pierwszych zważywszy na dodatek na to, że pierwszaki to nie jedyni uczniowie szkoły? Ponieważ sale klasowe nie są z gumy, dzieciaki uczą się na zmiany, czasem dwie, czasem trzy, a czasem jeszcze więcej. Dzieci chodzą do szkoły na godz. 13 lub później (!).

Ponieważ większość rodziców pracuje i tak odprowadza dzieciaki na godz. 8 do szkoły i pozostawia je w świetlicach. Kto spędził w tym świetlicowym hałasie choćby 5 minut, ten wie co to za atrakcja. Panie, które tam pracuja moim zdaniem powinny otrzymywać do wynagrodzenia tzw. „szkodliwe”, czyli rekompensatę za trud i znój, którego tam doświadczają. Dzis zostałam trochę dłużej, żeby zapłacić za pobyt dziecka w świetlicy (u nas to jest płatne…). Dziesiątki tryskających energią dzieci w jednym pomieszczeniu, w którym uchylony jest jeden lufcik w oknie. Widziałam, że któreś z nich nawet chciało odrobić pracę domową, ale na moich oczach się poddało. Jak w takim huku pozbierać myśli? Sama na ogół staram się tam nie wchodzić, tylko macham mojemu synowi przez szybkę i z ulgą oddalam się od tego miejsca. Czy taki przeciętny 6 latek, po tym jak spędzi całe dopołudnie w świetlicy jest jeszcze w stanie przytomnie współpracować z nauczycielem do godziny 17? A potem jeszcze odrobic zadanie domowe?

Poziom kształcenia
Na stronach MEN przeczytasz o tym, że szkoły są świetnie przygotowane na przyjęcie 6-latków. Dostosowały krzesełka, poziom nauki, zapewniły psychologów, itd. A jak to wygląda w praktyce? Okazuje się, że chyba jedyną rzeczą jaka MEN zrobiła w kierunku przystosowania szkół do 6 latków – to obniżyła poziom nauczania!

Tak dobrze czytasz. Reforma, która w założeniu wprowadzono po to by „dorównać do Europy”, sprawiła, że w pierwszej klasie nauczyciele przerabiają materiał dla zerówki. A więc rysują szlaczki i liczą….do 10. To nie jest żart do dziesięciu.  

Mój syn sumuje i odejmuje do 10 od jakichś dwóch lat. W tej chwili uczę go na własną rękę mnożyć i dzielić do 100. Przyznaję, że ma talent do liczenia, bynajmniej nie po mamie. Jednak nawet gdybym nie chciała opierać się na jego przykładzie, to widzę, że wszystkie dzieciaki bez problemu liczą do 10 już w przedszkolu, a więc na pewno – jeśli chodzi o matematykę, to pierwsza klasa będzie dla nich stratą czasu.

Co jeszcze robi MEN żeby podnieść poziom nauczania?
Ministerstwo, któremu na sercu leży jakość kształcenia ucięło siatkę godzin szkolnych z 24 do 22 tygodniowo. Ot logika!

Dzieci mają więc rażąco niski poziom w szkole (mówię o pierwszej klasie, dalej jeszcze nie wiem, ale nie podejrzewam, żeby było lepiej skoro np. w programie jest tylko 1 godzina historii tygodniowo), są zmuszone przerabiać materiał, który znają z zerówki, a nauczyciele nawet gdy mają ambicje wyjść poza program, zwyczajnie brakuje im na to czasu. W efekcie zadają dzieciom (i rodzicom) liczne prace domowe.   No i to jest kolejna zmora. Jak zmusić dziecko, żeby po całym takim dniu o godzinie 18 albo i jeszcze później chętnie odrabiało lekcje domowe? Ktoś ma jakiś pomysł? To niech się podzieli.

Posiłki
To nie koniec problemów szkół związanych z reformą MEN. Szkoły stanęły przed kolejnym dużym wyzwaniem. Wyobraźcie sobie szkolne stołówki w sytuacji, gdy szkoła ma kilkadziesiąt a nawet kilkaset uczniów klas pierwszych. Jak zorganizować wydawanie posiłków, tak żeby te setki dzieci dały radę się najeść w porze obiadowej? Proste! wydłużyć porę obiadową. W szkołach gdzie jest po kilkanaście pierwszych klas, obiad wydaje się już od rana… żeby wszystkie dzieci w szkole zdążyły zjeść przed pójściem do domu. Przecież wiadomo, że głodne są nie tylko pierwszaki, inne też by chciały skorzystać ze stołówki.

Warto też wspomnieć o jakości serwowanego jedzenia, bo kiedy media się rozpływają nad prężnymi działaniami pani Minister Edukacji o tym, jak dzielnie walczy z drożdżówkami w sklepikach szkolnych (po tym jak jej własne Ministerstwo zakazało wcześniej ich sprzedaży) o jakości posiłków na stołówkach mówi sie już niewiele.

Decyzją poprzedniego MEN w publicznych szkołach odgórnie postanowiono wyremontować szkolne stołówki i kuchnie, oczywiście za publiczne pieniądze. Wydano na ten cel nie małe środki. Cel jak najbardziej słuszny. Jednak ponieważ nie ma czegoś takiego w Polsce jak kontynuacja polityki, tak więc już kolejny Minister zezwolił na to, żeby szkoły mogły dzierżawić te kuchnie zewnętrznym firmom cateringowym. Co w tym złego? O ile podstawowym celem kuchni prowadzonej przez publiczną placówkę szkolną jest dobrze nakarmić dzieciaki (nie musi się kierować zyskiem, bo ma inne cele publiczne do zrealizowania), o tyle prywatne firmy przecież nie prowadzą tego biznesu pro publico bono, ale kierują się przede wszystkim właśnie zyskiem (co trudno mieć im za złe). W efekcie, jeżeli rodzic płaci za obiad firmie cateringowej 10 zł, to firma ta część z tych pieniędzy musi przeznaczyć na czynsz dzierżawny, który płaci na rzecz szkoły, część musi stanowić zysk dla firmy serwującej posiłki, a na sam posiłek zostaje przykładowo już tylko jakieś 4 zł. Co można przygotować za 4 złote? Bardzo często jakąś trudną do przełknięcia, niezidentyfikowaną papkę w dodatku wydawaną w porze śniadania z powodów, o których pisałam. Tak na marginesie, czy wiecie, że prawo przewiduje minimalną stawkę żywieniową dla wieźniów, ale ne ma już czegos takiego odnośnie uczniów? Uczniom można już podać wszystko. Byle budżet się dopiął.

Emocje 6latka

6 – latkom naprawdę trudno odnaleźć się w tym huku, zgiełku. W mojej ocenie wiele z nich zwyczajnie nie dojrzało do tego, żeby mierzyć się ze szkołą, starszymi dzieciakami, rywalizacją, nie wspomnam już o arcyciężkim tornistrze. 

Stanowczo nie zgadzam się z opinią pani „psycholog i superniani w jednym”, która stała się „twarzą reformy”, a która prezentuje dość osobliwy pogląd, jaki podsumować można jednym zdaniem. „Jeśli dziecko w wieku 6 lat nie jest gotowe do podjęcia nauki w szkole to winę za to ponoszą jego rodzice”.

Osoba o wyksztalceniu psychologicznym, uchodząca za autorytet w dziedzinie wychowania dzieci „dla dobra sprawy” zdecydowała pominąć okoliczność, że jednak nie wszystko zależy od sposobu wychowania przez rodziców, że rozwój dzieci jest kwestią indywidualną i cynicznie ignoruje fakt powszechnie znany w psychologii dziecięcej, że właśnie w wieku 7 lat dzieci doświadczają swego rodzaju skoku w rozwoju.

O ile wcześniej dzieci nie są w stanie skoncentrować uwagi na dłużej niż 20 minut, tym bardziej nie są w stanie wysiedzieć 45 minut w jednym miejscu, mają trudności z rywalizacją, brakuje im umiejętności pogodzenia się z porażką, a często nie do końca jeszcze czują czy są prawo czy leworęczne, a więc trwa u nich w najlepsze proces tzw. lateralizacji, tak po ukończeniu 7 lat większość z tych problemów rozwiązuje się samoistnie dzięki temu, że … dziecko dojrzało.

Nie jestem psychologiem i oczywiście można mi zarzucić, że się na tym nie znam. Ale tak się składa, że mam w domu niespełna 7 latka i moje obserwacje całkowicie potwierdzają to, na co powszechnie się wskazuje. 

Oczywiście, że u niektórych dzieci taki skok rozwojowy może nastąpić wcześniej i te dzieci, zgodnie z tym, co pisałam wcześniej, powinny one móc rozpocząć wcześniej edukację do szkoły, jeśli ich rodzice mają taką wolę, ale mówimy tu o pewnej normie. Normie, która tłumaczy dlaczego większość 6 latków, które zostały już objętych reformą edukacji, nie radzą sobie z zajęciami w szkole, jest zniechęconych do edukacji, nie mówiąc już o samych rodzicach, którzy bardzo często żałują że dali się zwieść zapewnieniom o rzekomej gotowości szkół i ich pociech i gdyby mogli zadecydować jeszcze raz – postąpiliby inaczej. Czy wiecie, że są takie sytuacji, gdzie cały rok powtarza klasę pierwszą? To tak na marginesie.

Prawnik na macierzyńskim i nowe wyzwania

Wracając do Prawnika na macierzyńskim. Żaden Minister, czy inna jego papuga nie jest w stanie mnie przekonać do swoich kłamliwych zapewnień, bo tak się składa, że jestem rodzicem i wiem z czym się borykam. Mogę zweryfikować każdą forsowaną przez rząd oraz media teorię na temat 6latka w szkole. I robię to codziennie.

Mój syn należy do tej grupy dzieci, które uczą się „wieczorowo„. Jego tornister na pewno wagowo przekracza wszelkie normy dopuszczalne dla takiego dzieciaczka. Mimo, że zainwestowałam w najlepszy i podobno najlżejszy, sama go z trudem niosę. Do tornistra pakuję mu kanapki, wodę, cały ten ekwipunek pt. przybory do pisania, mazania, nożyczki oraz zeszyty i książki. Książki i zeszyty musi zabierać do domu, bo ma w nich wiecznie zadaną pracę domową.  Ile mogę, ten tornister za niego dźwigam, a potem ze zgrozą patrzę jak wygina mu się te mały, wiotki kręgosłup, kiedy odwraca się do mnie i mi macha w drodze na świetlicę.

Być może zbyt gorliwie, zapisałam go na dodatkowy angielski. Nie wiem czy to był dobry pomysł. Powoli zaczynam żałować, bo teraz oprócz, szlaczków i słupków matematycznych (których przecież nie mogę odpuścic i pozwolić żeby się cofnął w matematycznym rozwoju, skoro ma taki zapał), odrabiamy po nocach jeszcze angielski. Nie wiem ile tak pociagniemy. Ponieważ w szkole ma tylko 2 godzinki WFu, zależało mi żeby jeszcze na tym, żeby uczestniczył w zajęciach ruchowych. Bywa, że kończy je o 20.30. Wtedy dopiero wracamy i odrabiamy pracę domową.

I tym sposobem pożaliłam się wam trochę i mam nadzieję choć trochę usprawiedliwiłam swoje rzadsze wpisy. Niezmiennie jednak stale o Was myślę ;).

 

 

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

15 komentarzy

  1. ~Małgorzata Mroczkowska-Horne · 23 października 2015 Odpowiedz

    Prawnik na macierzyńskim wyraźnie nie w formie! Współczuję serdecznie ale dawno nie widziałam takiego steku generalizacji! Nie mających zastosowania do większości przypadków jak się wydaje. Wszyscy słyszeliśmy o szkole w konkretnej dzielnicy Warszawy, ale to ze jest tam tak duzo klas pierwszych nie jest spowodowane reformą edukacji, przynajmniej nie wprost i na poziomie 7-latków nie byłoby dużo lepiej. Nie wspominając o liceach z oddziałem przedszkolnym! Nie po raz pierwszy w historii dzieci chodzą do szkoły na zmiany i nie jest to w naszym kraju nadzwyczajne, niekoniecznie rowniez ma jakikolwiek związek z 6 latkami. Co nie znacZy oczywiście, że tak powinno być. A i jeszcze jedno – reforma 6-latków nie zakładała zdaje się przechowywania 6 latka w szkole od rana do 17. Powodzenia i wytrwałości życzę. Moze byc tylko lepiej!

    • Prawnik na macierzyńskim · 24 października 2015 Odpowiedz

      Dzięki za życzenia powodzenia. z pewnościa powodzenie mi sie przyda ;)
      To o czym napisałam to „nie stek generalizacji”, ale niestety prawdziwe fakty.Skoro piszesz, że „wszyscy słyszelismy o szkole w konkretnej dzielnicy Warszawy”, to chyba sama przyznajesz, że fakt taki miał miejsce. Taka sytuacja jest nie tylko w jedenej szkole. Sprwadź sobie jak wyglada Białołęka, czy Ursus. Piszesz, że to nie reforma zakłada, żeby dziecko było do 17 w szkole. Reforma spowodowała to przeludnienie w szkołach, na skutek czego lekcje są organizowane do 17., a więc można powiedzieć, że jest to jej konsekwencją. Uważam, że nawet jesli dziecko musi trafić do szkoły na 8,9 godzin z powodu pracy rodziców, to jedanak lepiej gdyby zajęcia miało od rana, kiedy ma jeszcze wypoczęty umysł, a dopiero potem wolny czas spędzało na świetlicy. Tak nie jest z powodów, o których pisałam. O tym przy jakich szkołach organizowane są oddziały przedszkolne możesz poczytać na stronie Ratuj Maluchy.

      • Prawnik na macierzyńskim · 27 października 2015 Odpowiedz

        Beato! Jestem pod wrażeniem. Widać, że nie blefujesz i faktycznie ćwiczyłaś na waszej skórze;) A może wspólnymi siłami uruchomimy kurs dla rodziców 6 latków ;) Takich przerażonych i rozczarowanych rodziców jak Malwina jest na pewno znacznie więcej. Ja Ci udostępnię czasowo swoją platformę, a TY zapełnisz ją treści szkoleniową ;)

        • ~Beata · 28 października 2015 Odpowiedz

          Dziekuje za mile slowo! I podziele sie refleksja – gdyby w TV (panstwowej, czy prywatnej) ograniczono ilosc debilnych programow z udzialem dzieci, pokazujacych nierealne wyobrazenia o talentach I zdolnosciach przecietnego 6, 7-latka, a poswieconoby chociaz godzine, nawet pol godziny tygodniowo na program „edukacyjny” dla rodzicow, to nie byloby az takiego problem. Nikt nie uswiadomil rodzicow (ja to mialam na studiach – filologia polska, specjalnosc nauczycielska), wiec sie nie licze, ale ogromna wiekszosc rodzicow staje przed ogromna niewiadoma w momencie gdy ich pociechy ida do szkoly. Po pierwsze nie rozumieja co sie z dziecmi dzieje (pamiec wlasna zawodzi, bo zdarzenia z tego okresu sa jescze „stopklatkowe”, albo byly inne, wazniejsze rzeczy do zapamietania, niz to, jak nas pani w szkole czytac I pisac uczyla). Wiedzy merytorycznej ogolnodostepnej w zakresie nauczania wczesnoszkolnego nie ma (internet sie nie licza, bo zakladam, ze 99% informacji z sieci to chlam). Gdyby znalazl sie ktos madry I „spowodowal” program, ktory mialby podobna formule jak „Ojczyzna-polszczyzna” profesora Miodka, z autorytetem w glownej roli, to pomogloby to rodzicom I przede wszystkim dzieciom. Smutne jest to, ze nauczyciele na wywiadowkach nie maja czasu na edukowanie rodzicow. Zamiast wyjasnic jak (ogolnie!) wyglada proces nauki czytania I pisanai, jak jest zlozony I jak duzo czasu potrzeba na opanowanie tej nowej umiejetnosci – maja inne wazne sprawy do przekazania… A przeciez jest to pierwszy wysilek umyslowy 6-latka I to od razu taki wazny, rzutujacy na cale jego zycie!
          Moja prywatna opinia jest taka, ze nie dosc, ze program nauczania jest po prostu glupi, przystosowany do opanowywania pamieciowego material, bez uczenia myslenia (brak w edukacji mijsca na rozwiazanie problemow, ale jest miejsce na uczenie sie na pamiec panstw I ich stolic!), to jescze ten program jest przeladowany, nauczyciele musza przerobic material do konca roku, co odbywa sie kosztem ucznia.
          Potrzeba w Polsce wielkiej reform system Oswiaty, ale czy jest to mozliwe?

          • Prawnik na macierzyńskim · 15 listopada 2015

            Wiesz Beato, w polskiej telewizji nie tylko takie programy powinno się ograniczyć. Kiedy tego pudła nie włączę to widzę jak tańczą, słyszę jak śpiewaja, gotują, wspominają wakacje, skaczą z trampoliny do wody, etc. Wszystko po to, żeby odciagnać uwagę od rzeczy ważnych. Znaleźć cokolwiek wartościowego to jest prawdziwa sztuka i chodzi tu o jakąkolwiek dziedzinę, nie tylko kwestię wychowania dzieci. Ale zgadzam się z Tobą – takich programów o wychowaniu dzieci też powinno być więcej. Choć podejrzewam, że te wszystkie śniadaniowe programy, których z racji obowiązków zawodowych nie mam szans nigdy obejrzeć, coś w tej kwestii moga oferować.
            Najgorzej w naszym społeczeństwie jest z wartościami i tu na pewno TV nie przychodzi z pomocą. Rzadko się o nich mówi, uczy. Mam nadzieję, że jesli chodzi o reformę oświaty niedługo cos się zmieni. Nowa władza zapowiada reformy. Pożyjemy, zobaczymy….
            Pocieszam się, że moje dziecko trafiło do bardzo tradycyjnej podstawówki, która bardzo tradycyjnie obchodzi wszystkie święta narodowe. Jest zapisany do Zuchów i rośnie na prawego człowieka ;)
            Serce matki rośnie!
            A Ty jak sobie z tym radzisz w Dubaju? Jest szansa żeby w takich „ekstremalnych” warunkach wszczepić dzieciakom polskie wartości? Jak???

    • ~Andrzej · 13 listopada 2015 Odpowiedz

      Aleksander Kwaśniewski ma na najbliższe lata radę http://www.almoc.pl/img.php?id=3486

  2. ~Malwina · 23 października 2015 Odpowiedz

    A tak się składa, że u mnie 6 latek ma jeszcze 5. Od września przechodzimy batalię z literami. Nie jest orłem ale nadzwyczajnie coś jest nie tak. Dlaczego prawie codziennie jest wprowadzana nowa litera jak oni jeszcze dobrze nie potrafią złożyć sylaby z tych poznanych. Z tymi obiadami się zgodzę. Zamiast pomóc dzieciom opanować te sylaby to muszą iść na obiad bo przecież są inne klasy, które też trzeba nakarmić. Ja już próbowałam różnych metod nauki czytania, ale nie wiem co robię źle, że mój syn nie potrafi tego opanować. A dzieci w klasie 20 i pani nie ma czasu żeby mu pomóc. Mam kłopot i nie wiem jak z niego wyjść. Coraz bardziej syn się zniechęca i nie chce pracować bo obniżyła mu się samoocena. Jak tak dalej pójdzie to dziecko w traumę wpadnie.

    • ~Beata · 25 października 2015 Odpowiedz

      Malwina – nic zle nie robisz. Niektore dzieci w wieku okolo 5-7 lat maja forme dysleksji I klopoty z opanowaiem slowa pisanego. Bardzo czesto pojawia sie wowczas tzw. „lustrzane odbicie”, ktoe powoduje mieszanie podobnych literek, np. „b” I „d”. Jezeli chcesz pomoc dziecku w nauce – musisz zastosowac pewna zasade – litery maja swoje nazwy, np. litera „b” nazywa sie „be”, litera „c” nazywa sie „ce”, ale litery te daja nam dzwieki, ktore brzmia jak b I c , a nie jak be I ce. Wyraz mama to nie em-a-em-a, tylko m-a-m-a. Jak skoncentrujesz sie na fonetyce liter, to powinno pojsc latwiej. Naucz go laczen prostych sylab (np. ma, da. ta. ka), a pozniej przejdz do prostych, 3-literowych wyrazow, z samogloska posrodku (dom, kot), a jak opanuje takie latwe laczenia, wtedy przejdz do wyrazow 4-literowych z dwiema samogloskami (mama, lala, tata). Pozniej bedzie juz latwiej. Normalne dziecko potrzebuje kilku miesiecy, zeby zrozumiec zaleznosc miedzy literami, a wyrazem, wiec nie naciskaj, bo Twoj syn moze sie zrazic, do czytania!
      Jezeli chcesz, zeby poszlo to latwiej, to rob z nim literki z modeliny, niech pouklada zabawki w formie literek, uloz mu jedzenie na talerzu jak literke! Jest bardzo duzo sposobow na to, zeby wprowadzic nauke do zycia codziennego w formie zabawy! I nie denerwuj sie jak po 20-tym razie nie bedzie potrafil ci powiedziec, ze „a” to a! I nie wymagaj od niego, zeby czytal – niech najpierw nauczy sie alfabetu, a pozniej zacznij sylaby!
      Sama przechodzilam przez nauke 4.5-latka czytania, bo musial przejsc test wstepny do wybranej przez nas szkoly. Uwierz mi – jezyk polski jest o tyle latwiejszy, ze wiekszosc liter ma tylko jedna forme fonetyczna. Moje dziecko uczylo sie angielskiego – jezyka, w ktorym w zaleznosci od pozycji w slowie I sasiedztwa (niekoniecznie bezposredniego!) innych liter – jedna litera moze przybierac rozne formy. Mialam rok na to, zeby nauczyc dziecko 4.5 -letnie pisania I czytania. I zajelo mi to prawie 8 miesiecy, zanim nauczyl sie alfabetu, a pozniej zrozumial istote polaczen liter w wyraz.

  3. ~wisznu · 30 października 2015 Odpowiedz

    zgadzam się w całej rozciągłości z tekstem i też mnie martwi przyszłość polskiego szkolnictwa – oraz kolejnych pokoleń.
    Mam wrażenie, że szkoła ma teraz za zadanie wykształcić prymitywnych niewolników, którzy maja nauczyć się „czytać, pisać i rachować” (cytując pewnego ministra edukacji – stelmachowskiego, jeśli mnie pamięć nie myli), a nie świadomych obywateli. Bo świadomym człowiekiem trudniej jest rządzić niż ciemną masą.

    Doczepiłbym się tylko do jednego zdania:
    „prywatne firmy przecież nie prowadzą tego biznesu pro bono”

    Ależ jak najbardziej prowadzą biznes „pro bono”. Tyle że nie „pro publico bono”.
    Własny zysk jest przecież w dzisiejszych czasach najświętszym dobrem…

  4. ~Dumnamama · 12 listopada 2015 Odpowiedz

    Nie zgodzę się do końca, że przedszkole to lekki czas dla rodziców. Owszem, jeśli rodzić skupia się tylko na tym, aby zaprowadzić i odebrać dziecko o ustalonej porze, to może i dla niego to jest eldorado. Mój syn chodzi do prywatnego przedszkola, umie więcej niż przeciętny pięciolatek, a sam pięciolatkiem jeszcze nie jest, ale nie dlatego, że siedzę nad nim i suszę mu głowę 22 godziny na dobę, że ma się uczyć. Po prostu od trzeciego roku życia Panie w przedszkolu wprowadzały szlaczki, literki i cyferki powoli. Tak, że dziecko traktowało to jako zabawę, a nie obowiązek. Niestety w publicznych przedszkolach dzieci do pewnego momentu bawią się, po czym przychodzi okres, gdzie jest do zrealizowania podstawa programowa. Nauczycielki się nie wyrabiają, straszą rodziców, że dzieci się nie nadają, a biedni rodzice myślą, że to ich wina. Nie wspomnę o tym, jak taki pięciolatek, który nagle z poziomu rozbrykanego dziecka ma w 5 minut przejść do poważnego ucznia klasy pierwszej. Studiuję pedagogikę, miewam psychologię. Śmiało mogę stwierdzić, że każdy psycholog na mojej uczelni twierdzi, że żaden sześciolatek nie jest gotowy na pierwszą klasę. Nie chodzi o to, że nie umie liczyć, pisać itp. Chodzi o to, że Jego psychika do tego nie dojrzała. I z całym szacunkiem do wszystkich zarządzających, skoro chcą podwyższyć poziom edukacji to może łatwiej byłoby przeszkolić nauczycieli do pracy z trzylatkami w formie zabawy, tak aby dzieci od najmłodszych lat miały kontakt z nauką, aniżeli obniżać poziom edukacji i szczycić się jakie to my mądre sześciolatki mamy, bo już są uczniami. Rozpisałam się strasznie, ale jest to temat strasznie interesujący a zarazem tak wkurzający, że jak się zacznie pisać to nie można skończyć. Pozdrawiam i łącze się w bólu. :)

Zostaw odpowiedź