Wybór szkoły dla pierwszoklasisty

Czy to musi być rzeczywiście takie skomplikowane?

Rozpoczął się marzec. A wraz z nim wszelkiego rodzaju rekrutacje do szkół, przedszkoli i żłobków. W tym roku stanęłam przed wyborem szkoły podstawowej dla mojego pierworodnego.

Jak wszyscy wiemy, Ministerstwo Edukacji zafundowało nam reformę edukacji, zgodnie z którą do szkoły obowiązkowo idą dzieci 6- letnie. Reforma ma się rozumieć „świetna”, ale nie na tyle żeby objąć nią wszystkie dzieci. Przykładowo, w ramach rocznika 2008 wprowadzono podział na dzieci bardziej i mniej gotowe do szkoły. Dzieci urodzone w drugiej połowie 2008 r. otrzymały tzw. odroczenie.  Mój syn szczęśliwie został zakwalifikowany jako „niegotowy” jako, że urodził się dopiero w grudniu.

Dzięki temu problem wyboru szkoły w naszym przypadku został odsunięty w czasie, ale niechybnie zaktualizował się teraz – w marcu 2015.

Wybór szkoły dla pierwszoklasisty

Przyznam się, że uległam pewnemu trendowi, nakazujacemu mi potraktować wybór szkoły podstawowej niezwykle poważnie. Prawdopodobnie jest to wybór, który zaważy na całym przyszłym życiu mojego syna! Musi być poprzedzony żmudnymi analizami i porównaniami stron internetowych,  wyników testów do gimnazjum, opinii w googlach i na różnych forach internetowych. W poczuciu obowiązku regularnie wykonywałam te wszystkie czynności począwszy od stycznia. I dalej miałam mętlik. 

I tak. Pierwsza ma dobre wyniki, ale mało wyrozumiałą, podstarzałą kadrę. Ta druga jest dogodnie położona, ale mieści się w zapyziałym budynku,  z kolei trzecia ma wprawdzie słabe wyniki, ale dobre zaplecze sportowe. Dzwoniłam do sekretariatu każdej z potencjalnych szkół żeby wypytać o rozmaite szczegóły, a na koniec wsiadłam w samochód i objechałam je po kolei wpadając na tzw. oględziny, licząc ile metrów jest od najbliższego przystanku autobusowego – wizualizując ten moment, w którym mój syn się wreszcie usamodzielni oraz ile kilometrów jest do naszego domu - przeliczając to na minuty, które każdego ranka przyjdzie mi poświęcić na odwiezienie małego ucznia do szkoły zanim się usamodzielni.

Kiedy tak eliminowałam jedna opcję po drugiej, rozważałam wszystkie za i przeciw, zamęczałam się wątpliwościami, po trzeciej nieprzespanej nocy, doznałam wreszcie

o l ś n i e n i a!

Czy ja aby na pewno nie przesadzam z tą procedurą wyboru?

Czy kiedy 30 lat temu zaczynałam swoją edukację w pierwszej klasie podstawówki, moi rodzice mieli choćby w połowie ten dylemat, co ja teraz? No dobrze…w ¼, czy niech będzie  1/10?

Śmiem wątpić. Z tego, co pamiętam, to gdy dziecko dorastało do wieku szkolnego, to się je po prostu do szkoły posyłało. Do jakiej? To oczywiste – rejonowej, czyli tam gdzie dziecko podlegało według kryterium miejsca zamieszkania. Koniec filozofii.

Pamięć mi podpowiada, że moi rodzice nie dyskutowali godzinami o tym, czy aby na pewno nie powinnam być edukowana w innej placówce niż rejonowa, czy aby na pewno zaplecze sportowe w tej szkole nie jest gorsze niż w innej, a pani ze świetlicy jest wystarczająco miła.

Po prostu, założyli mi tornister na plecy, pierwsze trzy razy zaprowadzili pod sam budynek żeby się upewnić, czy zapamiętam drogę, a potem to już tylko mama machała mi przez okno, kontrolując, czy nie zapomniałam naciągnąć czapki na uszy i ukradkiem nie wyrzucam swojego drugiego śniadania dla psa sąsiada.

Słowo daję – nie przypominam sobie żeby ktoś się z nami tak cackał, jak robi to moje pokolenie rodziców ze mną na czele. 

I wierzcie mi, standard jaki prezentowały szkoły w latach 80-tych znacznie odbiegał od dzisiejszego. I nie mam tu na myśli jedynie warunków sanitarnych: odór z WC, który ciągnął się na pół korytarza, zapchane muszle klozetowe, permanentny brak papieru toaletowego, brak mydła (ew. kawałek kostki produktu mydłopodobnego, zapakowany w plastikową siateczkę przytwierdzoną na stałe do kranu), czy wiecznie lodowatą wodę w kranach (albo wcale). Każdy wtedy do tego przywykł i uważał, że tak po prostu ma to wyglądać.

Mam tu na myśli głównie nastawienie kadry nauczycielskiej.

To jest dobry moment na pewną historię.

Wybaczcie, ale naszła mnie nieodparta chęć podzielenia się jednym wspomnieniem z lekcji W-Fu, jaką odbyłam w szkole podstawowej. Czy ma to coś wspólnego z prawem?

Owszem. Nie jestem karnistą, ale jestem pewna, że mój kolega prokurator z pewnością zdołałby postawić mojej pani od W-Fu kilka zarzutów karnych.

Ale kto by się tym przejmował w latach 80 tych…

M… jak margaryna

Nasza pani od W-Fu miała bardzo oryginalne imię, właściwie niespotykane w Polsce minionego ustroju. W ogóle była cała oryginalna…

Nie była jakoś wybitnie zaangażowana w lekcje W-Fu. Na ogół rzucała nam piłkę do kosza, a sama siadała gdzieś z boku i oddawała się niesamowitej przyjemności, jaką było … wyjadanie margaryny. Prosto z pudełka. Palcem wskazującym. Bez zagryzania czymkolwiek.

Przedstawicielom młodszego pokolenia wyjaśnię, że w latach 80-tych margaryna była … nowością i rarytasem. Społeczeństwo polskie nie znało wcześniej takiego dobrodziejstwa i oszalało na punkcie margaryny. Ale jak bóg mi świadkiem – nigdy przedtem, ani nigdy potem nie spotkałam w życiu nikogo, kto  delektowałby się margaryną na taką skalę i w taki sposób jak nasza pani od W-FU. Jedno pudełko na jedną lekcję.

Litościwie ograniczę się do tego opisu i więcej informacji o naszej pani nie będę podawać.

Nasza szkoła i zajęcia z W-Fu

Nasza szkoła mieściła się w wysokim budynku – 4 lub 5 pięter, na które wchodziło się pokonując betonowe schody. Windy oczywiście nie było. Każdy, kto skończył tę samą szkołę co ja, może o sobie powiedzieć, że zaliczył w swoim życiu naprawdę sporo schodów. Pod budynkiem szkoły znajdowały się dwa duże stadiony sportowe, ale nie zawsze z nich korzystaliśmy, a to z tego powodu, że naszej pani nie zawsze się chciało schodzić tyle pięter. A potem z powrotem wchodzić. Była zbyt zajęta. 

Wiadomo czym.

Często więc nasze lekcje sprowadzały się do przesiadywania na ławce na holu tuż obok naszej ukochanej pani i opowiadania o jakiś głupotach. Skłamałabym jeśli bym powiedziała, że taka forma aktywności fizycznej przynajmniej części z nas nie odpowiadała. Odpowiadała, bo wokół pani zbierał się zawsze wianuszek dziewczyn.

Zabijcie mnie, ale nie jestem w stanie wam powiedzieć, o czym ta dorosła kobieta mogła z nami tyle godzin rozprawiać.

Zaliczenia na ocenę

Żeby oddać pani sprawiedliwość, od czasu do czasu miałyśmy obowiązek pozaliczać jakieś skoki w dal, czy też biegi, albo nieśmiertelny dwutakt w kosza.

W dniu kiedy inne dziewczęta zaliczały jakiś dłuższy dystans – nie pamiętam już czy to było 2000 metrów, czy więcej - byłam z jakiegoś powodu nieobecna w szkole. Na koniec roku szkolnego pani była zobligowana by wystawić nam oceny końcowe na podstawie ocen cząstkowych. Zorientowała się, że brakuje u mnie jednej oceny. Żeby umożliwić mi  zaliczenie tego biegu, wystarczyło po prostu zejść na dół na jeden ze stadionów, włączyć stoper, odmierzyć mi czas i odpowiednio ocenić.

Doprawdy nie wiem, czy to nadmiar margaryny w organizmie spowodował taki makiaweliczny stan umysłu naszej pani, czy może inne niezbadane czynniki, których nie wypada mi nawet poruszać, ale pani uznała, że schodzenie na dół byłoby dla niej zbyt uciążliwe.

Pani wpadła na genialny pomysł – jak można umożliwić mi zaliczenie tego biegu bez konieczności schodzenia na stadion.

- Chcesz to dziś zaliczyć dziecko? – zapytała.

Może nie odnotowywałam wybitnych osiągnięć w dwutakcie, ale ogólnie do lekcji W-Fu i zaliczeń podchodziłam sumiennie. Nie przynosiłam zwolnień, nie wymawiałam się niedyspozycjami. Lubiłam W-F. Co więcej, na swój sposób, lubiłam nawet naszą panią od W-Fu!

Przynajmniej do tamtego feralnego dnia.

Dlatego naiwnie odpowiedziałam:

- Oczywiście!

Pani wstała z krzesła, swoim charakterystycznym, flegmatycznym krokiem podeszła do okna wychodzącego na ulicę.

- Widzisz dziecko ten chodnik po drugiej stronie ulicy?

- Tak – odpowiedziałam, nie mając zielonego pojęcia co się święci.

- To dobrze, bo teraz zrobimy tak: jak wiesz, na końcu tego korytarza są schody, cztery piętra w dół. Zbiegniesz po nich na sam parter, wybiegniesz z budynku szkoły i pomachasz mi na dole. Jasne?

- Chyba tak.

- Ale żebym cię mogła z góry dojrzeć musisz się odsunąć od budynku i stanąć trochę dalej, najlepiej po drugiej stronie ulicy. Po czym wbiegniesz z powrotem na górę, wtedy odnotuję, że zrobiłaś „pierwsze okrążenie”, a potem zbiegniesz z powrotem na dół. Żebym mogła dać ci zaliczenie, musisz znaleźć się 5 razy na dole i 5 na górze, czyli zrobić 5 okrążeń. Zrozumiano?

Nie miałam bladego pojęcia jaki przelicznik metrów zastosowała moja pani, ale jako dziecko PRL-u akceptowałam fakt, że nauczyciel to instytucja, któremu nie należy zgłaszać żadnych opozycji.

-Zrozumiano, psze pani.

Wtedy pani odłożyła na chwilę pudełko z margaryną i sięgnęła do kieszeni po atrybut każdego wuefisty – stoper.

- No to włączam dziecko. DO BIEGU, GOTOWA, START!!!

Dziecko pobiegło.

(…)

Bieg życia, czyli o tym jak Prawnik na macierzyńskim pokonywał dystans życia

Biegnąc w kierunku schodów zastanawiałam się, czy aby na pewno pani mnie nie nabiera. Odwróciłam się i zobaczyłam jak nasza pani nadal trzyma w ręku stoper i nadal NIE JE margaryny! Zrozumiałam, że sprawa jest poważna.

Żeby osiągnąć lepszy wynik dosłownie sfruwałam po betonowych schodach. Początkowo pokonywałam po dwa lub trzy stopnie na raz. Z ostatnich czterech po prostu zeskakiwałam na kamienną podłogę.

Po drodze wręcz torpedowałam inne dzieci, które nieświadome, że mam akurat bieg na zaliczenie, mozolnie wdrapywały się na górę i mi przeszkadzały!

Co jest do licha! Ja tu zaliczam, a te pierdoły mi się kręcą pod nogami!

Raczej nie miałam dla nich litości, ale czułam, że jestem na tzw. prawie. W końcu nasza pani wyraźnie powiedziała, że mam to przebiec jak najszybciej!

Na szczęście chyba żadne dziecko nie odniosło jakichś poważniejszych szkód.

Po wypadnięciu z budynku musiałam przekroczyć b i e g i e m jezdnię, wprawdzie uczęszczaną przez samochody, ale nie pamiętam żebym nazbyt się przejmowała tym, co po niej jedzie.

Czas grał na moją niekorzyść.

Przebiegałam więc szybko na drugą stronę ulicy żeby pomachać do pani. Upewniwszy się, że widzę w oknie pudełko od margaryny, a więc moja obecność na dole została odnotowana, pośpiesznie wracałam z rozpędem przez jezdnię, wpadałam z impetem na schody i omijając inne dzieci wbiegałam na górę.

Kiedy dobiegłam po raz pierwszy na samą górę byłam już cała mokra od potu i czerwona z wysiłku, podbiegłam do naszej pani i upewniłam się czy, mam kontynuować. Zawsze istniało prawdopodobieństwo, że czegoś nie zrozumiałam. Może naszej pani chodziło jednak o coś innego…

Pani, napotkawszy mój pytający wzrok, wskazała mi swoim otłuszczonym od margaryny palcem schody.

Karnie zaczęłam zbiegać po nich jeszcze raz. Tym razem zeskakiwałam już tylko po dwa stopnie na raz, a z kolejnym piętrem zbiegałam już tylko po jednym. Czułam, że coraz bardziej drżą mi nogi i nie dam już rady zbiegać w takim wariackim tempie, jak za pierwszym „okrążeniem„.  

Niebawem drżenie nóg osiągnęło taki poziom, że nie potrafiłam nad tym w żaden sposób zapanować. Z trudem trafiałam na poszczególne stopnie. Wtedy dopadła mnie podstępna myśl. Pomyślałam, że może zjadę w dół po poręczy. Wprawdzie pod górę i tak będę musiała wbiec o własnych siłach, ale w ten przebiegły sposób oszczędzę sobie chociaż „pół okrążenia”.

Moja szkoła – wylęgarnia trolli

Jednak ten, kto chodził razem ze mną do szkoły, ten wie, że zjeżdżanie po poręczy było szaleństwem. Razem z nami do naszej szkoły uczęszczały prawdziwe trolle, które z lubością opluwały (śliną, a sądząc po wydawanych przy tym odgłosach chyba czymś jeszcze) wszystko i wszystkich, którzy znajdowali się piętro niżej.

Trolle były tak wyszkolone i przetrenowane, że prawie nigdy nie pudłowały. Trafiały najczęściej w słabszych chłopców i co oczywiste – w dziewczyny. 

No i poręcze! Prawdziwy majstersztyk.

Nie ma bata!

Zawsze znajdzie się ofiara. Każdy odruchowo chwytał za poręcz. Nawet ci, którzy – tak jak ja byli skazani na moją szkołę i znali ten trollowy obyczaj – też czasem dawali się ponieść odruchowi.

Podsumowując, oplute poręcze i korytarze to był znak rozpoznawczy mojej szkoły, do której uczęszczałam w latach 80/90 tych.

Swoją drogą jestem ciekawa, czy u was też panowała na to moda?

Wracając do mojej beznadziejnej sytuacji tamtego feralnego dnia, kiedy musiałam zaliczyć „pięć okrążeń”.

Przyznam się wam, że po „czwartym okrążeniu”, byłam już tak wykończona tym nadludzkim dla mnie wówczas wysiłkiem, że na poważnie zaczęłam rozważać zjazd po poręczy.

Jednak nie. Dajcie spokój! To było coś ostatecznego, na co nie byłam gotowa. Wolałam zaufać moim drżącym nogom. Ostatecznie zdołały mnie ponieść do samego końca. Z tym że „ostatnie okrążenie” zaliczałam na czworakach, co mówiąc szczerze niczym się nie różniło od zjeżdżania po poręczy.

Nigdy wcześniej, ani nigdy potem nie doświadczyłam takiego wysiłku jak tamtego dnia.

Ale warto było, bo pani mnie pochwaliła i postawiła mi czwórkę z plusem.

***

Mając to wydarzenie w pamięci i kilka innych równie ciekawych (może kiedyś jeszcze wam opowiem o szkole w latach PRL-u) z mojej szkoły podstawowej, w której odbyłam osiem lat edukacji (a nawet 9 z tzw. zerówką), zastanawiam się jak to możliwe, że wyszłam z niej bez uszczerbku psychicznego.

Choć nie można wykluczyć, że rzeczywiście bez żadnego ;)

O dzisiejszych szkołach z pewnością można wiele powiedzieć. Można mieć wiele słusznych zastrzeżeń. Popieram całym sercem panią Karolinę Elbanowską i jej wysiłki, które czyni o poprawę jakości edukacji.

Jeżeli jednak chodzi o wybór szkoły podstawowej dla mojego syna, trochę już odpuściłam i podchodzę do tematu większym dystansem.

Z moich obserwacji wynika, że choć poziom edukacji szwankuje, to zmieniła się świadomość i oczekiwania rodziców.

Nie sądzę żeby dziś którykolwiek z nauczycieli wzbił się na takie wyżyny  … i nie poniósł z tego tytułu żadnych konsekwencji.

Coś mi mówi, że do którejkolwiek szkoły go poślę i tak trafi lepiej niż ja. A skoro mnie się udało nie przejść na ciemną, trollową stronę mocy, to i on ma jakieś szanse.

Odkąd dokonałam tego odkrycia, śpię spokojniej.

***

Jeśli podoba ci się tu i chcesz być na bieżąco – śledź Prawnika na macierzyńskim na Facebook’u i Google.

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

22 komentarzy

  1. ~Joanna · 13 marca 2015 Odpowiedz

    Genialna opowieść, jakbym się cofnęła w czasie :) Wracając do wyboru szkoły, to ja też uległam rozglądając się za tą lepszą…po czym wpadłam na pomysł sprawdzić plan lekcji tegorocznych pierwszaków w owej szkole, zerknęłam do internetu (cóż za dobrodziejstwo) i widząc, że pierwszaki w tamtej szkole trzy razy w tygodniu kończą w godzinach 14:30 lub 15;20, to wymiękłam. W naszej, rejonowej jest to 12:30, a tylko raz w tygodniu każda z klas ma do 13:30. Zapisałam wobec tego do rejonowej. bo tak naprawdę to nie szkoła, a nauczyciel ma znaczenie. i oczywiście chęci dziecka do nauki.

  2. ~Mama w domu · 13 marca 2015 Odpowiedz

    Rewelacyjna opowieść! Poprawiłaś mi humor z rana! Ja też stoję przed tym samym dylematem, u siebie na blogu pisałam o tych rozterkach. A teraz po przeczytaniu Twojego tekstu uspokoiłam się trochę i faktycznie dotarło do mnie, że moi rodzice się tak nie przejmowali wyborem, a ja też nie przeszłam na trollową stronę …

  3. ~Marta Wiśniewska · 13 marca 2015 Odpowiedz

    co do tej margaryny… była i wcześniej, kostkowana – margaryna w latach 90 naprawdę nie była już żadnym cudem.

  4. ~Lori · 13 marca 2015 Odpowiedz

    Obok mojej szkoły podstawowej był staw i śmierdząca rzeka – ściek oddzielone od siebie wąską groblą. Nauczyciele W-F z lubością kazali nam biegać wokół stawu. Wszystko ładnie, ale na grobli aż roiło się od szczurów. Ogólnie uwielbiam zwierzęta, szczury też ale te były wielkości kotów ( zmutowane, czy co? ). W praktyce nasze bieganie wyglądało tak: spokojny trucht przez 3/4 trasy a potem szaleńczy sprint przez płotki tyle, że zamiast płotków były te ogromne szczury… O_o

  5. ~sekundant · 13 marca 2015 Odpowiedz

    Z lat gierkowskich (lata 70-te) pamiętam dwa rodzaje margaryny będące w sprzedaży: Maja i Palma. Czy była dostępna wcześniej? Cóż, pamiętam, że gdy mówiono nam o okropieństwach obozów koncentracyjnych (wówczas jeszcze niemieckich a nie „nazistowskich”) to zawsze pojawiała się margaryna obok czarnego chleba, marmolady z buraków i zupy z brukwi jako podstawa wyżywienia więźniów. Wówczas jawiło się nam to jako wyjątkowa szykana, bo nikt normalny margaryny nie jadał, używało się jej do ciast.

  6. Mira Faber · 13 marca 2015 Odpowiedz

    A już myślałam, w połowie tekstu gdzieś, że pani Cię po prostu wysłała do sklepu po margarynę :). Pewnie na to nie wpadła!

  7. ~Tesla · 13 marca 2015 Odpowiedz

    Ja w pogoni za dobrą szkołą dla mojej córki przeniosłam się najpierw z Irlandii na Maltę (gdzie do szkoły chodzą już pięciolatki) a potem z Malty do Polski żeby wysłać ją do mojej podstawówki, którą wspominałam zawsze z wielkim „aaaach” Panna N. zaczęła więc pierwszą klasę po raz drugi tym razem w Polsce w wieku niespełna 6 lat. Chodzi do klasy z 7 latkami i ma się świetnie. Gdy rano nie chce jej się wstać, liczę do trzech i mówię że jak nie wstanie teraz to nie pójdzie do szkoły. Wtedy zrywa się i ubiera bo nie wyobraża sobie dnia bez swoich psiapsiółek, swojej ukochanej pani, klasowej świnki morskiej, tańca na lekcjach i przerwach. Do tego na miejscu logopeda, psycholog, liczne projekty organizowane przez szkołę, atrakcje w stylu mikołajkowej nocy w szkole czy zawieszanie budek lęgowych dla ptaków. Proszę Państwa – są w Polsce podstawówki z prawdziwego zdarzenia – i mają się świetnie od ponad 20 lat. Miałam szczęście do takiej chodzić i posłać do niej też moją córcię.

  8. ~Ola W. · 14 marca 2015 Odpowiedz

    My przed tym „dylematem” stanęliśmy rok temu. Wybieraliśmy pomiędzy dwoma szkołami: rejonową i nierejonową. Wygrała ta druga, bo była bliżej. Syn do szkoły chodzi sam, ma około 600 m i trzeba przejść przez dwie ulice. Szczerze, nie rozumiem tych dylematów, uważam że dziecko powinno chodzić do szkoły znajdującej się najbliżej domu z jednego powodu-koledzy/koleżanki. Syn jak większość dzieciaków z klasy ma blisko do szkoły, a więc i do kolegów-jak jest ciepło przesiadują całymi dniami na dworze, jak chłodno to przesiadują u siebie nawzajem. Chodzą po siebie itd. tak jak to było jak ja byłam dzieckiem. Niestety Ci co mieszkają dalej nie mają szans na uczestniczenie w takich zabawach. Owszem, zapewne mają też kolegów ze swojego podwórka, ale to nie to samo co kumpel z naprzeciwka, z którym można w ławce siedzieć. Inne plusy tej sytuacji są zbyt oczywiste żeby je poruszać, a o tym problemie (życia towarzyskiego dziecka) myślę że dużo rodziców zapomina. Poza tym uważam, że zbyt dużą wagę przywiązuje się dzisiaj do wyboru szkoły. Wszystkie zapewniają ten sam program nauczania, wszystkie mają zajęcia dodatkowe (które i tak w większości przypadków są na b. niskim poziomie) a co do nauczycieli- i tak nie wiemy na którego nasze dziecko trafi. Historia ze szkoły zabawna…chociaż ja chyba bym się poddała :) Podziwiam za wytrwałość ;) Pozdrawiam

  9. ~Marek · 14 marca 2015 Odpowiedz

    W czasach „gomułkowskich” były 3 margaryny w kostkach: „Mleczna” (6,60 zł) do pieczenia, „Palma” (8,50) i czasami „Czekoladowa” (?? zł) do smarowania pieczywa. Około 1972 (Gierek) pojawiło się „Masło Roślinne” (po 10 zł) w plastikowych kubkach. W smaku przypominał margarynę niemiecką. Rok później pojawiły się margaryny w kubkach o nazwach: dietetyczna „Nova” (7,50 lub 8,50) i witaminizowana „Wita” (chyba po 13 zł). „Palma” i „Mleczna” cały czas były dostępne. Czekoladowa – może bywała lecz naprawdę rzadko. Ceny tych margaryn się nie zmieniały. Od 1976 już nie byłem studentem i wkrótce interesowało mnie raczej mleko dla niemowląt;) Od 1979 mieszkałem w Brzegu, gdzie produkowano margarynę, w tym najnowszą o nazwie „Kama”. Kiedy zaczęli – nie pamiętam. Cena – też nie, bo kupowaliśmy głównie masło. No i ceny zaczęły się „destabilizować”. Lata 90-te to szaleństwo margarynowe („serce jak dzwon”). Kama była dobra, ale Masło Roślinne (ZPT Warszawa) jednak lepsze. Importowane (nie pamiętam nazw) – znacznie droższe, ale i lepsze od krajowych. Potem pojawił się „przebój” o nazwie „Delma” z dodatkiem masła. Ona chyba była najlepsza. Innych nie pamiętam, widocznie smakowo mnie nie uwiodły. Jednak pamiętam, że najlepsza w smaku była jedna z tych drogich importowanych – chyba „Rama”, ale na początku bo potem się popsuła (i staniała).
    Od 2003 nie jadam margaryn, jedynie masło w niewielkich ilościach. W Polsce najlepiej mi smakowało irlandzkie Kerry Gold (dobrze się smarowało), ale tu w UK masło Kerry Gold w kostkach jest raczej paskudne (i solone) – jedynie to w plastikowych kubeczkach było tak dobre, jak w Polsce. Nie ma go już od 2 lat, bo chyba Angole go niezbyt chętnie kupowali. Jest natomiast masło importowane np z Francji, Finlandii czy … Australii(!). Osobiście uważam, że najbardziej optymalne (smak i smarowalność) jest British Creamy Butter, ale w ciepłe dni wymaga chowania do lodówki, więc kupuję najtańsze British Butter (cena 1 funt za kostkę 250g) lub Tesco (88 pensów za 250). Ceny masła w polskich sklepach (kostki 200g) są w granicach średnich cen masła brytyjskiego.
    Ale mi wyszło wypracowanie;)
    Pozdrawiam serdecznie:)

  10. ~Beata · 16 marca 2015 Odpowiedz

    Soba bym nie byla, gdybym moich „filozofii” nie wtracila. Podoba mi sie Twoje podejscie. Sama przechodzilam katusze pod tytulem „dobra szkola” przy przeprowadzce do Dubaju. Przeciez sie nie wypniemy na propozycje pracy I zycia w Emiratach, bo szkola… Zdajac sobie sprawe, ze zaden noblista stad jeszcze nie „wyszedl” kryteria naukowe nam sie nieco „zawezily”. Ze wzgledu na (subiektywnie oceniam) moje zdroworozsadkowe podejscie do zycia I awersje do „nowobogactwa” najdrozsze szkoly odpadly w przedbiegach, bo czy ja potrzebuje „wyscig szczurow” 6-latkow I ciagle mialczenie, ze to taki tablet, taki telefon, czy takim samochodem musze po niego jezdzic do szkoly? Odpowiedz brzmi: „nie”. Ze wzgledu na kombinacje alpejskie w przenoszeniu naszej corki, ktore polegaly na proponowaniu (nagminnym), zeby powtarzala rok, bo szkoly nie chcialy ryzykowac, ze dziewoja bedzie w polowie gimnazjum I nie daj Boze jej sie przy egzaminie noga powinie, a szkolom zanizy statystyki stanelismy przed nieuchronna decyzja, ze bedzie sobie powtarzala rok. Jest jednak ktos na gorze, kto nad nami (wlasciwie nad nia) czuwa, bo jeden dyrektos dobrej brytyjskiej szkoly (srednio nabzdyczonej, chociaz kolezanka jej Lamborghini dostala na 17-te urodziny…) dal jej szanse. Wiazalo sie to, z „nadrobieniem” materiau z fizyki, biologii I chemii z dwoch lat, bo akurat te przedmioty byly zamiennikami jej wyboru w Anglii, ktory to wybor byl nieco bardziej humanistyczny: historia, geografia I Niemiecki. Dziecko do nauki przysiadlo (moze bez wiekszego entuzjazmu, ale jednak…) I egzaminy gimnazjalne (tzw. IGCSE) zdalo spiewajaco, bez utraty roku. Sila rzeczy mlode pokolenie poszlo do tej samej szkoly, bo akurat maja wszystko w kupie (nauczanie przedszkolne, podstawowke, gimnazjum I liceum) I wyglada na to, ze tam zostanie. Oczywiscie jak nam sie plany nie zmienia I nie wyjedziemy gdzies dalej na kraniec swiata…
    Szkola jak szkola – dziecko ma sie nauczyc, ale… takie kwestie jak ambicje I wychowanie pozostawilabym rodzicom. Bo to od nas powinno zalezec czy bedziemy potrafili ich wyposazyc w te cechy. Nauczyciele maja im przekazac wiedze, ale to my mamy ich nauczyc do czego ta wiedza bedzie im w zyciu sluzyla… Pogoogluje sobie, bo zaciekawilo mnie jakie szkoly podstawowe pokonczyli wybitni naukowcy (m.in. noblisci). Studia, to calkiem inny temat I jak bedziemy mieli mozliwosci, to bedziemy kibicowac naszym dzieciakom, zeby sie dostali na najlepsze uczelnie na swiecie…

    • Prawnik na macierzyńskim · 18 marca 2015 Odpowiedz

      Ach te Twoje historie. Nie myślałam nigdy o Twojej wyprowadzce do Dubaju z tej perspektywy. Faktycznie, kwestia szkoły musiała być dla was nie lada dylematem. Nie wiem, czy bym się na to zdecydowała… choć pewnie gdyby mój parter życiowy był obcokrajowcem, to mentalnie byłabym bardziej wyzwolona. Do odważnych świat należy!

      • ~Beata · 20 marca 2015 Odpowiedz

        Zmienianie miejsca zamieszkania z dziecmi w wieku szkonym, to niekoniecznie najlatwiejszy temat do ogarniecia, ale mamy ten komfort, ze pracodawca meza ustala tego typu przeprowadzki nie tylko z duzym wyprzedzeniem, ale tez uwzglednia, ze majac dzieci nie bedziemy sie przenosic z kraju do kraju np. w lutym.
        Co do edukacji: jedna rzecza, ktora bym polecala wszystkim, to nauka jezyka angielskiego. Niezaleznie od szkoly, ktora wybieramy dla naszych pociech – w dzisiejszym swiecie jest niewiele miejsc, gdzie nie mozna sie porozumiec znajac angielski. My jako rodzina prowadzimy zycie osiadle, ale moj maz wyjezdza sluzbowo do mniej czy bardziej egzotycznych miejsc, w tym np. Wietnam, Japonia, Azerbejdzan, czy Turcja. Zawsze znajdzie sie ktos, kto zna angielski I kto jest w stanie pomoc w tlumaczeniu. A co dzieciom pomaga w opanowaniu jezyka – osluchanie sie z nim. Programy telewizyjne dla dzieci po angielsku lub znane przez nich filmy (np. Cars), ktore po polsku juz cytuja z pamieci wiec wrzucenie wersji angielskiej spowoduje zapoznanie sie z melodia jezyka, z osluchaniem sie, a pozniej, to juz z gorki…

  11. ~bamusia · 19 marca 2015 Odpowiedz

    No nareszcie wpis taki jak kiedyś – czyli z czasów gdy Prawnik był na macierzyńskim i głównie było o tym co w domu się dzieje a nie w kancelarii… Mam takie szczęście, że nie dotyczą mnie kwestie rozwodowe i związane z tym problemy dotyczące dzieci. Moja pociecha jest rok młodsza od pociechy Prawnika i niestety też pójdzie do szkoły w tym roku ale jako 5-latek (listopad 2009) razem z np. odroczonym dzieckiem z sierpnia 2008! Temat więc dla mnie bardzo aktualny i rzeczywiście bardzo przydatny, bo dokładnie te same mam myśli – czy te szukanie dobrej szkoły na siłę ma sens? Też jestem dzieckiem z dzieciństwem z epoki Gierka, rodzice się cieszyli, że dostali mieszkanie blisko szkoły i było oczywiste, że tam będziemy się z siostrą uczyć. I żeby nie szukać daleko: moja siostra po tej szkole mogła liczyć tylko na ZSZ, natomiast ja bez problemów liceum, matura, studia (bez pomocy rodziców popołudniami). Jaki wniosek? To nie szkoła ma znaczenie, a indywidualne zdolności i predyspozycje dziecka. Rodzice, wyluzujmy….
    Na koniec niektórym tylko przypomnę, że wpis był o szkole, a nie o margarynie;);) (nigdy nie cierpiałam i nie znoszę tego sztucznego smaku i zapachu – zawsze go wyczuję w „obcej” kanapce. Dlatego wkurza mnie, gdy dobry hotel daje na śniadanie margarynę, a nie masło. Mam wtedy ochotę demonstracyjnie kupić kostkę masła w sklepie i w papierze walnąć sobie je w jadalni na stół!)

Zostaw odpowiedź