Co ważniejsze – procedury czy pacjent?

Procedury w służbie zdrowia – ważna rzecz. Jako prawnik zdaję sobie świetnie sprawę, że są one niezbędne do tego, żeby szpitale mogły funkcjonować.  Jednak procedury nie powinny zwalniać od samodzielnego myślenia. Poza tym odnoszę wrażenie, że wiele z nich nie zostało stworzonych z myślą o tym, żeby służyć pacjentom. To pacjenci mają się im podporządkować, a gdy im się to nie udaje, kończy się tragicznie.

 

Moje własne absurdalne (acz niegroźne) doświadczenia

Za chwilę minie rok od kiedy z powodu zaostrzonego stanu AZS wylądowaliśmy z naszym małym (wówczas niespełna rocznym) Upiorkiem w warszawskim szpitalu na oddziale pulmonologiczno – alergicznym. O absurdach towarzyszących nam podczas przyjęcia do szpitala już kiedyś pisałam.

Mój synek trafił tam z powodu zaostrzonej alergii pokarmowej. Wskutek złej diagnozy i wcześniejszego leczenia, straszliwie reagująca skóra stała się źródłem jego cierpienia. Wydawało mi się, że syn jest w stanie tragicznym.

Ledwo rozgościłam się na oddziale natychmiast do mnie dotarło, jak bardzo się mylę. Razem z nami leżały poszkodowane przez los niemowlaki, które od wielu miesięcy nie wchodziły do domu, bo nie były w stanie samodzielnie oddychać. Były też takie, które miały po 7-8 miesięcy życia za sobą i niewiele więcej przed sobą.

Żadnej z matek tych niemowląt nie potrafiłam spojrzeć w oczy, kiedy odpowiadałam na pytanie co dolega mojemu synowi. Zastanawiałam się nawet, czy to moralnie właściwe żeby moje dziecko z „chorą tylko skórą” zajmowało łóżko skoro jest tylu innych ciężko chorych, walczących o życie małych pacjentów czekających na przyjęcie. Jednak lekarze (chwała im za to) przekonali mnie, że hospitalizacja mojego syna również jest konieczna.

Koczowałam więc razem z tymi bladymi i strutymi kobietami, które od porodu tkwią na oddziale (najpierw intensywnej terapii, potem neonatologicznym, a teraz dziecięcym), które czuwają przy dzieciach podłączonych do skomplikowanych aparatur. Od miesięcy nie widziały własnego łóżka i prywatnej łazienki i drżały o to, czy ich dziecko zakwalifikuje się na operację i czy taką operację przeżyje. Niestety bywało, że procedury zakwalifikowania dziecka trwały zbyt długo…

Miałam okazję doświadczyć wiele absurdalnych zasad szpitala (przynajmniej z punktu widzenia pacjenta), które były na porządku dziennym.

Jedna z zasad szpitala była taka, że maluchami przez 24/h opiekują się ich rodzice (opiekunowie). Rozumiem to, bo personel szpitala zwyczajnie nie dałby rady zapewnić takim małym pacjentom całodobowej opieki z uwagi na inne liczne obowiązki. Ale…

Gdzie opiekun małego pacjenta ma spać i co jeść?

Nikogo to już nie interesowało.

Zgodnie z zasadami szpitala, które jak się domyślam wymuszone są poniekąd warunkami lokalowymi i finansowymi, opiekunom hospitalizowanych pacjentów nie przysługuje ani łóżko, ani nawet fotel.

Regulamin oddziału zezwalał, aby obok łóżeczka dziecka przystawić krzesełko i w pozycji półwiszącej nad tym łóżeczkiem się zdrzemnąć. Procedury wyraźnie zabraniały, aby opiekun miał styczność z kołdrą pacjenta. Nie daj bóg by usiadł na łóżko!

Inna możliwość (na bogato) była taka, aby samodzielnie zaopatrzyć się w śpiwór, rozkładane ogrodowe krzesło lub dmuchany materac. Ja i mąż Prawnika na macierzyńskim skorzystaliśmy tego drugiego „komfortowego” rozwiązania. Trzymaliśmy zamiennie wartę w 10 metrowym pokoiku, w którym były dwa łóżeczka dwóch małych pacjentów, dwa krzesełka i szafka z wanienką. Miejsca na podłodze było akurat tyle żeby (po wystawieniu krzesełek) umieścić na niej dwa dmuchane materace.

Chciałeś, czy nie chciałeś musiałeś się zaprzyjaźnić z drugim rodzicem, który spał obok ciebie – buźka w buźkę. Interesujące doświadczenie, nie przeczę.

Co z jedzeniem?

Opiekun pacjenta nie ma prawa do posiłku w szpitalu. Rodzic to nie pacjent, więc rozumiem, że w ramach oszczędności, do których szpitale są zmuszone nie finansuje się posiłków opiekunom. Ale absurd polegał na tym, że tych posiłków nie można było wykupić nawet za własne pieniądze. W efekcie do opieki zawsze musiała być zaangażowana jeszcze jedna osoba, która to pożywienie w postaci pieczywa, masła, czy sera dostarczała opiekunowi trzymającemu wartę. Weźcie pod uwagę, że niektórzy z rodziców spędzali tam całe miesiące!

Ale to, co opisuję to betka. Szpitalne procedury i przepisy potrafią wręcz zabić. I to nie jest przenośnia.

Historia pewnego zatrucia tlenkiem węgla

Niedawno w jednym z tygodników przeczytałam artykuł, o którym nie sposób zapomnieć. Bohaterem tej przerażającej historii był pewien 20 letni chłopak z Bydgoszczy o imieniu Piotrek. Któregoś dnia Piotrek brał wieczorną kąpiel. Pech chciał, że junkers w jego łazience się popsuł. Po chwili przebywania w wannie zatruł się tlenkiem węgla i stracił przytomność. Piotrka znalazła jego narzeczona, która zaniepokojona ciszą włamała się do łazienki i natychmiast wezwała pogotowie. W bydgoskim szpitalu nie zdołano chłopakowi pomóc – nadal nie mógł odzyskać przytomności i zdecydowano, że jedynym dla niego ratunkiem jest umieszczenie go w komorze hiperbarycznej, w której odtruwa się osoby zaczadzone. Wydawałoby się, że – jak do tej pory – procedury nie zawiodły.

Co poszło nie tak?

Od tego momentu wszystko – bo zdano się wyłącznie na procedury, wyłączając zdroworozsądkowe myślenie i jakiekolwiek dylematy moralne względem pacjenta i jego  najbliższych.

Personel szpitala postanowił, że chłopaka należy przetransportować do Gdyni, bowiem tam właśnie znajduje się komora hiperbaryczna.

Ponieważ w takich przypadkach decydujące są godziny lub wręcz minuty oczywistym było, że najlepiej gdyby nieprzytomnego wciąż pacjenta przetransportowano śmigłowcem pogotowia ratunkowego.

Jak myślicie, dlaczego nie skorzystano z tego oczywistego rozwiązania?

Bo jak się okazało – nie było procedury, dzięki której późnym wieczorem/nocą śmigłowiec mógłby w Gdyni wylądować.

Biorąc pod uwagę powagę sytuacji wydaje się aż niewiarygodnym, że nikt nie pomyślał o tym, żeby nagiąć istniejące procedury i wylądować przykładowo na stadionie, który znajduje się  500 m od gdyńskiego szpitala.

Na miejsce karetka dojechała nad ranem. W międzyczasie chłopak się na chwilę obudził i podobno zdążył wypowiedzieć do swojej matki, że „nic go nie boli”.

Chociaż tyle pocieszenia dla matki, która już więcej miała syna nie usłyszeć.

Po tym bowiem jak dotarli do komory hiperbarycznej okazało się, że jest już za późno. Piotrek miał już nie odzyskać przytomności i umrzeć.

Lekarze ze szpitala w Gdyni stwierdzili, że o życiu Piotrka prawdopodobnie zaważyła godzina …

Straszne? Owszem. A teraz będzie przerażające.

Po kilku tygodniach od zdarzenia rodzina Piotrka miała się dowiedzieć – z prasy – że w ich rodzinnym mieście – tj. Bydgoszczy parę miesięcy przed zatruciem Piotrka, z wielką pompą otwarto placówkę medyczną wyposażoną w komorę hiperbaryczną.

Dlaczego chłopaka nie przewieziono do komory hiperbarycznej w Bydgoszczy?

Ano dlatego, że bydgoska placówka ma podpisany kontrakt z NFZ na świadczenie usług tylko do godziny 15.00. W efekcie w Bydgoszczy za pieniądze z NFZ  ratuje się życie zatrutych tlenkiem węgla tylko 8 godzin dziennie. Jak zaś wspomniałam chłopak zatruł się późnym wieczorem – grubo po 15.00.

A dlaczego nie poinformowano rodziny, że komora hiperbaryczna jest w Bydgoszczy?

To już moi drodzy świadczy o jeszcze większym problemie niż brak odpowiednich procedur, czy pieniędzy w NFZ.

Zapytam retorycznie od cego w takiej sytuacji są ludzie? Przecież nie było rzeczą technicznie niemożliwą uruchomienie komory w Bydgoszczy nawet o północy. Wymagałoby to jedynie trochę ludzkiego wysiłku i pomyślunku. Zapewne najbliżsi zapłaciliby za możliwość skorzystania z takiej komory, gdyby tylko im to umożliwiono. Nikt ich jednak o niej nawet nie poinformował, a sami takiej wiedzy nie mieli, no bo kto z nas interesuje się komorami hiperbarycznymi…

Życie to survival – bądź przygotowany na wszystko

Trudno jest przejść nad takimi historiami do porządku dziennego. Jak już kiedyś pisałam na tym blogu, żeby to życie jakoś przejść obronną ręką w rodzinie należy mieć co najmniej jednego prawnika, mechanika samochodowego i lekarza, przy czym co raz częściej dochodzę do wniosku, że ktoś w zawodzie lekarza to jednak podstawa, bo życie i zdrowie to zdecydowanie najwyższa wartość.

Dlatego choć mój syn, choć jeszcze o tym nie wie, będzie studiował medycynę.

Przymusowo ;)

Korzystając z okazji, podsunę kilka przepisów/zasad/procedur, które jako pacjent powinieneś znać i na które możesz się powoływać (z jakim skutkiem to może być różnie):

1. Masz prawo do natychmiastowego udzielenia świadczeń zdrowotnych ze względu na zagrożenie zdrowia lub życia.2. Jeśli właśnie rodzisz, każdy szpital musi odebrać poród.3. Masz prawo żądać, aby udzielający ci pomocy medycznej:

  • lekarz zasięgnął opinii innego lekarza lub zwołał konsylium lekarskie;
  • pielęgniarka (położna) zasięgnęła opinii innej pielęgniarki (położnej).

(przy czym lekarz może odmówić powyższego, jeśli jest to  bezzasadne)

4. Masz prawo do świadczeń zdrowotnych udzielanych z należytą starannością i  zdrowotnych w warunkach odpowiadających wymaganiom fachowym i sanitarnym

5. Lekarz i personel medyczny powinien  kierować się zasadami etyki zawodowej określonymi przez właściwe samorządy zawodów medycznych.

6. Masz prawo do dokumentacji  medycznej dotyczącej twojego  stanu zdrowia oraz udzielonych ci świadczeń zdrowotnych.

7. Masz prawo do poszanowania intymności i godności, w szczególności w czasie udzielania mu świadczeń zdrowotnych.

Jeśli interesują cię twoje prawa jako pacjenta, polecam ci także stronę rzecznika praw pacjenta. Jeżeli którekolwiek z twoich praw zostało naruszone, a w wyniku tego odniosłeś szkodę fizyczną lub materialną, zgłoś się do prawnika.

                                       

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

18 komentarzy

  1. ~Przemek Królikowski · 20 marca 2014 Odpowiedz

    Moje doświadczenie mi mówi, że ważniejsze są procedury. Dwa razy byłem w szpitalu w odstępie półtora roku. Z wdzięczności nie napiszę w którym, bo uratowali mi życie. Ale w Warszawie. Za pierwszym razem w stanie zagrożenia życia, w którym to stanie musiałem do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego przyjechać taksówką, bo pogotowie odmówiło przysłania karetki. No, cóż widocznie takie mają procedury – „jak dzwoni facet w nocy z soboty na niedzielę i bełkocze, że go brzuch boli, to na 100% jest pijany na nie chory”.
    Już w czasie tej wizyty dowiedziałem się jak ogromna jest moc zlecenia wystawianego (lub nie) przez lekarza. Scenka mniej więcej taka. Przeniesienie z innego oddziału późnym popołudniem w piątek (minął tydzień pobytu i forsowanej diagnostyki ujawniającej zaawansowane stadium raka jelita grubego – a więc dalej stan zagrożenia życia). Po kilku godzinach przestają działać leki przeciwbólowe. Zaczyna rwać – nie boleć. Staram się być dzielny. Walczę sam ze sobą. Mija godzina. Mija druga. Zrobiło się ciemno. W końcu dzwonię po pielęgniarkę. Mówię że boli, proszę o zastrzyk ze zbawiennego Tramalu. Odpowiedź pielęgniarki – „nie ma zlecenia lekarza, nic pan nie dostanie. Jak będzie obchód to pan zgłosi lekarzowi”. Do obchodu ze dwie godziny. Albo i lepiej. Zacisnąłem zęby i spróbowałem zasnąć by nie myśleć o moim stanie zagrożenia życia. W końcu się doczekałem – wchodzi gość ubrany na biało a wraz z nim świta. Nie przedstawia się. Resztkami pozostałej inteligencji domyślam się, że to jest ten lekarz któremu mam zgłosić że boli. Zaczynam więc – „Panie doktorze, strasznie boli”. W odpowiedzi słyszę (nawet z troską w głosie) pytanie gdzie boli. Wyjaśniam. Dodaję, że zostałem przeniesiony z innego oddziału kilka godzin temu i jeszcze nic nie dostałem z rzeczy które zwyczajowo przez tydzień dostawałem”. Nawet glukozy. Za sprawą mojego metabolizmu, wszystkie zbawienne specyfiki poszły do WC. W odpowiedzi słyszę, że zaraz dostanę wszystko. Że było dużo przypadków. Że bardzo przeprasza. Spogląda na pielęgniarkę, która potakująco kiwa głową. Wychodzą. Załatwione – myślę sobie. Mija godzina. Zaczynam się niecierpliwić. Po następnych trzydziestu minutach dzwonię po pielęgniarkę. Przychodzi ta sama co na obchodzie słyszała rozmowę. Pytam o zaopatrzenie m.in w glukozę i środek przeciwbólowy. W odpowiedzi słyszę – ” nie ma zlecenia, nic pan nie dostanie”.
    Mógłbym przez następnych kilka stron A4 podać stosy kolejnych przykładów. Ale przecież nie mogę narzekać. W stanie zagrożenia życia lekarze publicznej służby zdrowia uratowali mi życie i trwało to tylko 16 dni. Gdybym przeczuwał, że coś mi jest i zaczął chodzić po lekarzach sam ze sobą, to sprawa by trwała od sześciu miesięcy do dwóch lat. W praktyce skończyłaby się tym samym. Poza tym jeśli coś mnie wykończył to w końcu będzie to rak, a nie publiczna służba zdrowia.
    I na koniec wiadomość z ostatniej chwili, w przypomnieniu przygody o recepcie i braku stempelka. Dwa dni temu moja żona realizowała ryczałtową receptę na antybiotyk (apteka w Warszawie, aby nie było wątpliwości). Recepta bez stepmelka. Okazało się, że dla pani z apteki w ogóle niepotrzebny. Zatem co kraj to obyczaj. Pozdrawiam.

    • ~Tosia · 22 marca 2014 Odpowiedz

      Mam nadzieję, że pisze Pan z ironią, bo to straszne! STRASZNE!!! Ratowanie życia to jedno – NAJWAŻNIEJSZE, ale co z godnością i zmniejszaniem cierpienia?

  2. ~Figa · 20 marca 2014 Odpowiedz

    Co ważniejsze – procedury czy pacjent?

    Powiem ci co jest najważniejsze i to tez jest na literę P.
    PIENIĄDZE.

  3. ~Beata · 23 marca 2014 Odpowiedz

    Hmmm. Procedury, bo to forma regulacji prawnej. I tutaj bedzie cale stadko „ale”: zaczne od tego, ze barak procedur (nie tylko w szpitalu) prowadzi do chaosu i anarchii, wiec procedury powinny byc przestrzegane, inna sprawa jest dostosowanie obowiazujacych procedur do realiow, z uwzglednieniem dobra pacjenta czy dobra malego pacjenta i jego rodzicow. A to niestety nie posuwa sie ku cywilizacji. Czasami (dla tych, ktorym brak wyobrazni) wystarczy dodac do obowiazujacej listy prosta formule, ze w przypadku ratowania zycia ludzkiego dopuszcza sie do odstapienia od obowiazujacych procedur oraz dopuszcza sie samodzielne podejmowanie decyzji, ktore beda mialy na celu ochrone tego zycia… Moze w takim przypadku ludzie wreszcie zaczna myslec?
    Inna sprawa jest nasza „przywara” (narodowa), ze wszyscy znamy sie na medycynie, polityce i pilce noznej… No i z takim podejsciem jako pacjenci jestesmy potworami. Powolywanie sie na obejrzane odcinki „Na dobre i na zle”, „Dr’a House’a” czy „Ostrego Dyzuru” jest nie tylko glupie, ale rowniez szkodzace nam samym, bo lekarz tez czlowiek i nie lubi jak pacjent „wie lepiej”.
    Poniewaz ja zawsze chce wiedziec „dlaczego”, to wlasnie takie pytania zadaje, gdy musze sie poddac leczeniu (lub gdy jedno z moich dzieciakow jet chore). Wychodze z zalozenia, ze mam prawo wiedziec i w przypadku, gdy nie bede usatysfakcjonowana, bede mogla zawsze zwrocic sie do innego lekarza o druga opinie.
    Figa ma, niestety racje – mamy przywilej korzystania z prywatnej opieki zdrowotnej i widze kolosalna roznice w traktowaniu pacjentow przez wszystkich pracownikow opeki zdrowotnej – od pan w rejestracji, przez personel medyczny sredniego szczebla, na lekarzach konczac. Czyli, jak to ujela Figa – jak masz kase (albo ktos za Ciebie placi te skladki), to Twoje zycie, czy zdrowie jest na pierwszym miejscu i procedury nie koliduja…

    • Prawnik na macierzyńskim · 23 marca 2014 Odpowiedz

      Beato, doświadczenia które opisujesz są nabyte Emiratach, czy Polsce? Ostatnio mnie pozytywnie zaskoczyłaś informacją o tym, jak w Emiratach rozwiązany jest system szkolnictwa. A jak jest z systemem służby zdrowia? Czy oparty jest na podobnych zasadach co w Polsce? Korzystasz tam z publicznej służby zdrowia?

  4. ~Beata · 23 marca 2014 Odpowiedz

    Szkolnictwo w Emiratach jest roznorodne: sa szkoly francuskie (slynne George Pompidou), sa szkoly hinduskie, rosyjskie, amerykanskie, kanadyjskie, czy wreszcie angielskie, ktore swoj system (opisany przeze mnie) czerpie ze szkolnictwa brytyjskiego. Nie sadze, ze istnieje tutaj „panstwowa” sluzba zdrowia, ktora mozna porownac do polskiej. Zaznacze, ze Emiraty, to malutki kraj, gdzie okolo 80% mieszkancow, to ludnosc naplywowa, ktora przyjezdza tutaj w celach zarobkowych. Nasza rodzina jest tutaj, poniewaz moj maz dostal propozycje zawodowa od swojej firmy, co wiazalo sie z „pakietem”, czyli pokryciem zakwaterowania (80%), kosztow edukacji (szkola podstawowa I srednia) oraz pelnym ubezpieczeniem zdrowotnym, ktore obejmuje cala rodzine :-) Jak na razie dzieciaki (odpukuje w drewno!!!) nie mialy stycznosci z chorobami, ale moj maz zlapal infekcje urologiczna I poszlismy do lekarza. Prywatne ubezpieczenie gwarantuje ominiecie kolejek I wizyt u internisty – umowil sie bezposrednio na wizyte u specjalisty. Jako moralne wsparcie I ewentualna pomoc lingwistyczna (czytaj: mala meska histeria) poszlam razem z nim i okazalo sie, ze doctor mial nie tylko czas na porzadne zbadanie, ale rowniez na plena konsultacje, w trakcie ktorej wytlumaczyl nam wszystko, lacznie z dzialaniem lekow, ktore moj maz mial przepisane, zlecil pelen wachlarz badan dodatkowych, ktore byly wykonane tego samego dnia. Szpital, w ktorym sie znalezlismy… Hmmm – nie balabym sie zjesc z podlogi. Ceny natomiast porownywalne z prywatnymi klinikami w Polsce – konsultacja medyczna okolo 350 PLN (w przeliczniu), zabiegi i wyniki badan okolo 500 PLN. Jak na lokalne warunki, to niewiele. Mamy rowniez za soba pobyt u dentysty (wypelnienie waha sie miedzy 100, a 200 PLN, w zaleznosci od wielkosci ubytku. No i przyznam sie, ze zapomnialam o naszym 5-latku – przegryzl sobie jezyk – poniewaz byl pozny wieczor – pojechalismy od razu na izbe przyjec do szpitala – przyjety w ciagu 20 minut przez pediatre, ktory do konsultacji zadzwonil po chirurga kosmetycznego (!!!) – okazalo sie, ze najedlismy sie strachu i nie bylo potrzbne szycie, chociaz wygladalo to makabrycznie – zagoilo mu sie w ciagu 2-och dni ( a ja do dzisiaj zaluje, ze nie zapytalam sie o liposukcje ;-) ). Skladki na ubezpieczenie zdrowotne odprowadza nasza firma – sa rodziny, ktore decyduja sie na przyjazd bez ubezpieczenia zagwarantowanego przez pracodawce i w przypadku korzystania ze sluzby zdrowia musza placic z wlasnej kieszeni, chyba, ze oplacaja skladki we wlasnym zakresie, wtedy koszty leczenia pokrywa ubezpieczyciel. Ciekawostka – w aptece mozna dostac wszystkie antybiotyki bez recepty, podobnie z pigulkami natykoncepcyjnymi. Mialam nieprzyjemnosc zlapania zapalenia ucha w ubieglym roku i poszlam po srodek przeciwbolowy, a wyszlam z antybiotykiem na zapalenie ucha. Nie ma za to zadnych syropow z kodeina, poniewaz jest ona uznana za srodek uzalezniajacy.
    Wroce do naszej wizyty w szpitalu na izbie przyjec – jak malenstwo bylo male, mialo chroniczne zapalenie ucha – meczyl nam sie chlopak przez prawie okragly rok i nierzadko jechalismy wieczorami na ostry dyzor w Wielkiej Brytanii – panstwowa sluzba zdrowia – nie dosc, ze czas oczekiwania na przyjecie nie schodzil nigdy ponizej 2-och godzin, to na izbie przyjec przewazali pijani pacjenci z kontuzjami z bijatyk. W Emiratach nie dosc, ze przyjecie dziecka przez lekarza jest „ekspresowe”, to brak zataczajacych sie delikwentow rzuca sie w oczy, zwlaszcza po naszych europejskich wojazach :-)
    Podkresle jeszcze raz – Emiraty sa specyficzne na mapie Bliskiego Wschodu :-) Co wiecej sa ludzie, ktorzy tutaj sie bardzo zle czuja i nie potrafia sie zaaklimatyzowac. My mamy to szczescie, ze kazdy z nas odnalazl sie w nowej roli w nowym miejscu i jestesmy tutaj szczesliwi, ale spotkalam ludzi, ktorzy wyczekuja na koniec kontraktu, zeby stad wyjechac, poniewaz roznice kulturowe sa dla nich nie do przeskoczenia i nie czuja sie tutaj szczesliwi.

    • Prawnik na macierzyńskim · 25 marca 2014 Odpowiedz

      Beato, wielkie dzięki za wyczerpujący opis ;) Jesteś naszą kopalnią wiedzy jeśli chodzi o życie, kulturę i obyyczaje na Wschodzie. Jak tylko mi kiedyś przyjdzie tam zamieszkać, poproszę Cię o stałe konsultacje (odpłatne ma się rozumieć;) Jak się w końcu kiedyś wybiorę na wakacje do Dubaju – to też ;)
      Pozdrawiam Cię z zimnej Polski. Zimnej, bo aktualnie jest deszczowo, wirusowo (od przedwczoraj męczy mnie jakaś paskudna gorączka-więc to chyba wirus), wietrznie i zaledwie 6 stopni brrr. Zupełnie jak nie na wiosnę.

      • ~Beata · 26 marca 2014 Odpowiedz

        Na pocieszenie moge Ci powiedziec, ze u nas od dwoch dni pada deszcz. Temperatura spadla do okolo 18 stopni i jest paskudnie, a poniewaz nie ma systemu odwadniajacego (przy zapiaszczeniu studzienki kanalizacyjne bylyby zapchane po dwoch dniach, wiec nie ma po co ich budowac), to i kaluze sa niesamowite. Zimno, ponuro, brak slonca…
        Co do wakacji w Dubaju – juz niedlugo zostana zniesione obowiazujace wizy turystyczne dla obywateli polskich – miesieczna wize bedzie mozna zakupic po przylocie na lotnisko! Jak bedziesz chciala przyleciec, to radze miedzy pazdziernikiem, a kwietniem. Pozostale miesiace sa za gorace na zwiedzanie i korzystanie z lokalnych urokow.
        Wirusy nie lubia mleka z maslem, miodem i czosnkiem (brzmi niezle, co?) – Pan Maz moze krecic nosem na zapachy, ale mikstura stawia na nogi!!! I nawiazujac do tematu postu – mozesz sie wymigac od wizyty u lekarza ;-)

  5. ~Magdalena · 24 marca 2014 Odpowiedz

    Mojej córce jakieś 1,5 roku temu wbił się w oko metalowy opiłek. Zadzwoniła do mnie opiekunka z informacją, że Mała ma coś w oku, jest bardzo czerwone, a córa skarży się i popłakuje. Wiec ja w szalonym pędzie w samochód i do domu. Ponieważ wyjąć „paprocha” się nie dało, sól fizjologiczna wypłukać intruza również nie mogła, to pojechałyśmy na dyżur okulistyczny. Było ok. 12:30. Jak na realia wielkiego miasta, Warszawy, nie czekałyśmy długo, bo nie całe 1,5h. Kiedy zostałyśmy przyjęte i lekarz powiedział, że trzeba to usunąć w ogólnym znieczuleniu, to nogi się pode mną ugięły, ( dobrze, że siedziałam). Oczywiście spojrzawszy na mojego malutkiego ( niespełna 2 latka) Skarba z twarzyczką aniołka i burzą białych włosów na głowie, łzy poleciały mi automatycznie. Ku mojemu zdziwieniu, lekarz nie pokierował mnie słowami typu: „proszę iść na górę, skręcić w prawo i zapytać gdzie oddział”, ale poszedł z nami na górę, co rozwścieczyło tłum pacjentów czekających na korytarzu. Tam po kolejnych badaniach i podstawowym wywiadzie, lekarz kazał nam wrócić za 4 godziny, nic nie pić i nie jeść, żeby można było podać narkozę. Tak więc powstrzymując dalej potok, co ja mówię, rwącą rzekę łez, powędrowałyśmy do samochodu. W drodze do domu zadzwonił lekarz i powiedział, że niestety, ale anestezjolog, który może podawać narkozę dzieciom pracuje tylko do 14, więc mamy wrócić do szpitala i karetka zawiezie nas do Siedlec. Widocznie tam dzieciom w oczy może coś wpadać 24 na dobę, a w Warszawie tylko w godzinach 8-14. Tak więc mój samochód porzucony na płatnym parkingu szpitala spędził tam 3 doby. Transport jest zapewniony, ale tylko w jedną stronę, (nasuwa się na myśl piosenka „One Way Ticket” z tym, że za taki to ja dziękuję). O ile ja nie mam większego problemu z tym, żeby przyjechał po mnie mąż, to są ludzie mniej mobilni. Dlaczego służba zdrowia jak Cię gdzieś wywozi, to już nie przywiezie? Nie rozumiem również, dlaczego tak duże miasto jak Warszawa, która ma tyle szpitali, nie jest w stanie pomóc mojemu dziecku po godzinie 14? Jest to również kłopotliwe, bo jadąc do szpitala wzięłam ze sobą 1 pieluchę. Tak więc zostałam bez pieluch, bez mleka, butelki, odpowiednich smoczków, podstawowych przyborów kosmetycznych. Owszem, niby można kupić… ale mam przerażonego Maluszka zostawić samego w tym metalowym, zimnym, szpitalnym łóżku, wśród obcych ludzi w białych fartuchach? O nie! Nie ma mowy! Niezbędny był telefon do przyjaciela w postaci męża. Dobrze, ze miałam taką możliwość.
    Pozdrawiam wszystkich małych i dużych pacjentów państwowej służby zdrowia :)

  6. ~Magdalena · 25 marca 2014 Odpowiedz

    Tak, tak, wszystko ok. Oczko „działa” i nadal jest śliczne :)

  7. ~Beata · 31 marca 2014 Odpowiedz

    Opisze malo przyjemna sytuacje z panswowej sluzby zdrowia w Wielkiej Brytanii. Nasz dziecko w ciagu 9 miesiecy (od ukonczenia 1-go roku zycia) co najmniej raz na miesiac zapadalo na zapalenie ucha. Rozkladalo go momentalnie I w ciagu 3-4 godzin byl „zdechly”, obolaly, cierpiacy. W dodatku zapadal za zepol uszno-jelitowy, czyli mial przeokropna biegunke. Po 8 miesiacach (co miesiac byl chory) – po powrocie z przedszkola widze, ze z malym jest zle. Zlapalam meza za szmaty I pojechalismy na izbe przyjec. Moj maz chcial zalatwic jak nalezy I zadzwonil do naszego lekarza rodzinnego, ktory (-a) powiedziala, ze mamy odczekac I zobaczymy rano. Pech chcial, ze to wlasnie ta sama pani doktor miala dyzur… Nasze malenstwo ozywione nowym miejscem, zaciekawione nowymi twarzami naokolo oraz nakarmione przeze mnie batonikiem (zeby nie zasnal I nie zaczal sie pocic w samochodzie – dalam mu troszke cukru na ozywienie) – przestal nam leciec przez rece I wygladal w miare przyzwoicie. Na co pani doktor, zeby pokazac, ze ona miala racje pobieznie go zbadala i zmarnowala reszte czasu na udowadnianie mi, ze jestem nadopiekuncza histeryczka, ktora z byle gownem leci i zawraca glowe sluzbie zdrowia. Nie dotarlo do kobiety, ze dzieciak jest na „cukrach”, nie docieralo, ze ma goraczke i jest z nim nieciekawie. Ona musiala miec racje. Moj maz doprowadzil mnie do niemej szewskiej pasji, gdy wracajac od lekarza zapytal sie mnie, czy nie mysle, ze przesadzam i ze moze pani doktor jednak miala racje…
    Nastepnego dnia rano zawozil naszego syna (z goraczka 41 stopni) do lekarza sam. On ma mocniejsze nerwy niz ja i potrafil sie powstrzymac przed natychmiastowym wymierzaniem sprawiedliwosci :-) (ja prawdopodobnie, jak na histeryczke przystalo wywloklabym nasza pania doktor za piora z gabinetu). Dlaczego? Bo pierwszym pytaniem przyjmujacego ich lekarza bylo: „Dlaczego tak pozno?”.
    Ja odczekalam kilka dni, a ze emocje mi nie przeszly – napisalam skarge do przelozonych naszej pani doktor – skonczylo sie hucznymi przeprosinami od „Wszystkich Swietych”. I od mojego meza, ktory smial poddac w watpliwosc moja intuicje macierzynska…
    Podczas naszego osmioletniego pobytu w Wielkiej Brytanii to byl jedyny przypadek, kiedy zostalam zle potraktowana przez lekarza.

  8. ~ewa · 5 kwietnia 2014 Odpowiedz

    W dzisiejszych czasach gdzie dochodzi do usmiercania przez lekarzy w szpitalach powinno się pilnować osobę najbliższa!!Ja czesto pisałam o obecności partnera podczas badań zawsze przy całym badaniu nawet na fotelu.Dużo krytykowało te wpisy.Kobiety często wstydzą sie meża a obcego faceta czasmi zboczonego ginekologa nie to średniowiecze tylko w Polsce mozliwe!!Ginekolodzy gdy jesteś sama sobie pozwalają często za dużo!!!A mamy Prawo Pacjenta ust 2008 r art 21 ktore zapewnia obecność osoby bliskiej nawet w szpitalu podczas badań i zabiegów gdy wyprosza płaci placówka odzkodowanie PACJENTOWI bo on decyduje a nie niedouczony lub zboczony ginekolog.Do tego dodam że to w Polsce jest tylko takie zboczenie ginekologów ze podczas każdej wizyty muszą pchać łapy do pochwy.W cywilizowanych państwach raz się bada pochwę(oczywiscie w obcenościosoby bliskiej lub gdy brak musi być położna a nie sam na sam z pacjentom nie ma takiej obcji) i wpisuje się do kartoteki położenie jajowodów i reszty bo to się nie zmienia.Każde badanie ginekologiczne jest ryzykiem zakazeń nawet brodawczakiem bo rękawiczki chronią tylko lekarza a nie pacjenta!Ja chodze raz na trzy lata zaraz robię cytologię i mąż obceny patrzy by nic nie dotykał potem wkładał palce do pochwy.To samo mąż wspierał porody.

    • Prawnik na macierzyńskim · 5 kwietnia 2014 Odpowiedz

      Wiesz co Ewo, powiem Ci że chyba nie mogę podzielić Twojej opinii co do tego postulatu żeby chodzić na badanie ginekologiczne z mężem. Raz- samo badanie jest na tyle krępujące, że nie chciałabym dodatkowych osób w gabinecie. Dwa – chodzę do takiego lekarza, do którego mam pełne zaufanie. Nie sądzę żeby badał częściej niż musi i eliminuję ewentualność, że czerpie z tego przyjemność. Gdybym miał cień podejrzenia – natychmiast zmieniałabym lekarza. Trzy – słyszałam, że w innych krajach bedanie ginekologiczne kobiety w ciąży odbywa się góra 3 razy. Nie znam się na medycynie, ale na mój „chłopski” rozum- jeśli lekarz podczas ciąży bada pacjentkę ginekologicznie przy każdej wizycie a nie tylko przy co trzeciej, ma szansę na wykrycie jakichś nieprawidłowości, których nie mógłby wykryć na podstawie samego wywiadu z osobą.

  9. ~Joanna Sz. · 8 kwietnia 2014 Odpowiedz

    Tak, procedury w szpitalu są konieczne, ale ludzie stosujący te procedury – nieraz całkowicie przez nie zniewoleni.
    Scena z pewnej izby przyjęć: sobotni wieczór, ok. godz 21, wpada ojciec z synem. Syn – na oko z 12 lat, blady, dłoń zawinięta, krew przecieka, ojciec drżący, panikujący, z kawałkiem palca w torebce z lodem. Syn kroił chleb krajalnicą. Karetki wolnej nie było, więc ojciec wiózł go samochodem. Chce do lekarza, bo przecież ten palec trzeba przyszyć. Ma pecha, bo na izbie lekarz się nie pokazał – przynajmniej gronu czekających, w tym mnie – od około półtorej godziny. Pielęgniarka w okienku ledwo zerka na ojca i chłopca, flegmatycznie mówi: dowód ubezpieczenia poproszę, numer PESEL syna, proszę wypełnić te druczki (plik trzech kartek A4), wtedy lekarz pana przyjmie… ojciec prawie krzycząc/płacząc tłumaczy, że wybiegł z domu jak stał, że nie ma przy sobie dokumentów, że PESELu syna nie pamięta, i że potem dopełni wszystkich formalności, ale teraz dziecko przerażone, palec obcięty, trzeba działać. A pielęgniarka swoje – że bez ubezpieczenia i PESElu to ona nie może zarejestrować, jak nie może zarejestrować, to lekarz nie przyjmie, takie są procedury, i czym się pan tak denerwuje? Wtedy zdesperowany ojciec zauważył lekarza chyłkiem przemykającego do gabinetu. Jak go za fraki nie złapie…! i lekarz przyjął chłopca, i dało się jednak.

  10. ~gość · 17 maja 2014 Odpowiedz

    Do prawnika na macieżyńskim!!Niestety jesteś troszkę zacofny bo w cywilizowanej Europie to norma obecność meża przy żonie nawet podczas badania pochwy czy męża badanie u urologa!!A wstydzić sie i krępować meża a obcego faceta ginekologa nie cimnotę uprawiasz!!!Po to jest prawo by je stosowac i najlepiej zadba Osoba Najbliższa w dobie zakażania podczas badań i zabiegów!!! Zawsze mam meża przy badaniu i wspierał porody nawet w szpitalu i czesto musimy pouczać niedouczonych lekarzy( o konsekswncjach nawet odszkodowawczych wypłacanych Pacjentowi!!) o Prawie Pacjenta o obecnosci osoby bliskiej uat 2008 r art 21!!!Niejedno nieszczescie by nie było gdyby osoba najbliższa byla podczas badań liczy się lekarz wtedy z pacjentem!!! Jako prawnik powinneś uświadamiac Pacjentów a nie strofowac ich i trzymac stronę lekarzy którzy terz trafiaja się czasami zboczeni i nie ma świadka.Dodam ze seks się uprawia po cimku i do rozpłodu tak twierdzisz wstydząc się meża zona przy badaniu czy pordzie to chore!!

Zostaw odpowiedź