Przedszkola po nowemu

czyli zaklinanie rzeczywistości w wydaniu Ministerstwa Edukacji Narodowej

Kolejna reforma Ministerstwa Edukacji. Kolejna porażka. Zajęcia dodatkowe w przedszkolu odchodzą do przeszłości. Rodzice zadają sobie pytania  czy obecna kadra zorganizuje dzieciom sensownie czas, czy przedszkola publiczne staną się zwykłymi przechowalniami?

- Mamo, a dlaczego nie pakujemy butów na piłkę nożną?

- W tym roku synku nie będziesz grał w piłkę.

- A spakujesz mi do worka strój na taniec?

- Niestety tańców również nie będzie.

- A zeszyt do angielskiego?

- Forget about it!

Synu, zrozum wreszcie, twoje przedszkole to nie miejsce na tego typu rzeczy!  Będziesz się uczył jakichś angielskich słówek? Komu to potrzebne! Jeszcze się zdążysz w życiu „nawkuwać”. Chce ci się biegać za jakąś głupią piłką? Spocisz się tylko!

Poza tym pamiętasz, że w zeszłym roku nie wszyscy z grupy uczęszczali na ceramikę?

- Pamiętam. Zosia chodziła, a ja nie.

- No właśnie. To teraz Zośka już też nie będzie lepić tych garnków i przynajmniej nie będzie ci przykro.

­- Ale mi nie było przykro, mamo.

- Nieważne, ale mogło być. Od tego roku wszyscy będziecie robić to samo.

- Czyli co, mamo?

- Nie martw się synku, pewnie Pani Dyrektor z czasem pozwoli, żeby dzieci przynosiły do przedszkola tablety i telefony swoich rodziców i będziecie sobie grali.

Mówię ci synku, będzie pięknie!

***

Tzw. Ustawa przedszkolna

W dniu 1 września 2013 r. weszła w życie kolejna nowelizacja Ustawy o oświacie, zwana także „ustawą przedszkolną”.

Ci którzy już mieli okazję zaprowadzić swoje pociechy do przedszkola, zapewne się o niej dowiedzieli.

Taniej i po równo

Dzięki niej opłaty za publiczne przedszkola będą teraz niższe, ponieważ  zgodnie z nowymi przepisami opłaty za każdą dodatkową godzinę spędzoną przez dziecko w przedszkolu, powyżej 5 godzin (pierwsze 5h jest bezpłatne), nie mogą być wyższe niż 1 zł/godzinę (do tej pory wynosiły nawet 3,20 zł).

Ministerstwo jest z siebie dumne, bo w ten sposób wyrównano szanse i zniesiono bariery w upowszechnieniu wychowania przedszkolnego. Słusznie!

 Gdyby skończyli na tym, społeczeństwo pewnie by to doceniło.

 Ale niestety rozpędzono się z reformą przedszkoli. Zniesienie barier to za mało.

Znieśmy też specjalistyczne formy edukacji, które dotąd były dodatkowo płatne.

Zgodnie z nowymi przepisami zabrania się pobierania od rodziców jakichkolwiek dodatkowych kwot, a co za tym idzie, rodzice nie będą mogli, nawet gdyby mieli takie życzenie, dodatkowo zapłacić za zajęcia dodatkowe takie jak: taniec, angielski, rytmika, gimnastyka korekcyjna  itd.

 Zaklinanie rzeczywistości

Nie wiem czy się śmiać czy płakać, gdy czytam wypowiedzi Ministerstwa.

Pani Minister Krystyna Szumilas twierdzi, że polska kadra w przedszkolach doskonale jest przygotowana do poprowadzenia tego typu zajęć, więc po co dodatkowo angażować wyspecjalizowaną kadrę  w tym celu.

Oficjalne stanowisko MEN jest takie, że nowelizacja nie zakazuje prowadzenia dodatkowych zajęć i rozwijania dzieci w różnych kierunkach. Twierdzi, że można je organizować, pod warunkiem jednak, że będą one finansowane z budżetu przedszkola, a nie z pieniędzy pochodzących od rodziców i podpowiada:

„Aby zorganizować prowadzenie tzw. zajęć dodatkowych, dyrektor przedszkola może:

 - powierzyć prowadzenie takich zajęć nauczycielom zatrudnionym w przedszkolu zgodnie z ich kompetencjami;

zatrudnić nowych nauczycieli, posiadających odpowiednie kompetencje do prowadzenia konkretnego typu zajęć (…)”

Wszystko pięknie brzmi, jak się o tym czyta. Ale jeśli się nad tym zastanowić dłużej niż 30 sekund, a takiej refleksji chyba zabrakło w Ministerstwie, to nasuwają się podstawowe pytania.

Czy samorządy odpowiedzialne za przedszkola publiczne będą miały na to pieniądze?

Czy otrzymana złotówka za godzinę i dotacje faktycznie pozwolą im na zatrudnienie profesjonalnego anglisty lub germanisty z właściwym przygotowaniem do szkolenia przedszkolaków?

Czy za te pieniądze przyjdzie pan trener od piłki nożnej lub inny nauczyciel wychowania fizycznego, który poprowadzi gimnastykę korekcyjną?

 A jeśli nie, czy da radę zrobić to obecna pani wychowawczyni Tygrysów, Królików i innych Puchatków?

Moje doświadczenia z publicznym przedszkolem

Syn Prawnika na macierzyńskim przez wcześniejsze dwa lata uczęszczał do prywatnej placówki. Spotkałam się tam z profesjonalnym, genialnym wręcz podejściem do dzieci, kreatywnością, zabawami i nauką – na najwyższym poziomie. Pani dyrektor to pasjonatka! Jest to jednak temat na inny wpis, bo peany mogłabym wznosić jeszcze przez godzinę. Cena oczywiście odpowiednia do jakości.

W ubiegłym roku z uwagi na przeprowadzkę eksperymentalnie wysłałam syna do przedszkola publicznego, w pobliżu mojego nowego miejsca zamieszkania. Nie ukrywam – finansowo zaoszczędziłam, ale szybko się przekonałam, że placówki te mają jedynie wspólną nazwę. Przedszkole publiczne, na które trafiliśmy jest żywcem wyjęte z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Strukturą i wyglądem do złudzenia przypomina to, do którego 30 lat temu byłam prowadzana. Na czele tego publicznego przybytku stoi Pani Dyrektor, powołana dożywotnio, niezmiennie piastująca swoją funkcję już kilka dekad. Zatrudnia same panie, które były jej wychowankami i kontynuują świecką tradycję zabawy w Króla Ciszy. Pomiędzy zajęciami dodatkowymi dzieci oglądają TV. Popołudniami marazm zupełny. Panie piją kawę w jednym końcu sali, dzieci same organizują sobie czas w drugim.

Nie ukrywam, że gdyby nie zajęcia dodatkowe, dzieci nie miałyby tam co robić.

Niewątpliwie nie jest to stan pożądany i zmiany w tego typu instytucjach są konieczne. Jednak kierunek, w którym rząd podążył nie jest właściwy.

Trzeba się zastanowić, jak doprowadzić do zmiany świadomości takich instytucji jak Pani Dyrektor. Niestety kilkadziesiąt lat funkcjonowania w standardach PRL-u, brak realnej konkurencji (na publiczne przedszkola zawsze będzie popyt) sprawia, że  większość przypadków niestety nie rokuje i – powiem brutalnie – nadaje do wymiany. Wprowadziłabym nowe standardy, dając paniom wychowawczyniom kwartał na ich przyswojenie pod rygorem utraty zatrudnienia. Nie pozbawiałbym jednak przedszkola faktycznych możliwości zorganizowania zajęć dodatkowych.

Nawet w przedszkolu prywatnym, o którym pisałam powyżej, w którym organizowano opiekę i naukę dla dzieci na naprawdę wysokim poziomie, istniały zajęcia dodatkowe. Pani wychowawczyni powinna zapewnić dzieciom ogólną opiekę i naukę na podstawowym poziomie. Obserwować dzieci i sygnalizować  rodzicom, w którym kierunku ich pociechy przejawiają specjalne uzdolnienia, by wiedzieć jak organizować ich dalszą edukację. Nie ma takiej możliwości, aby pani wychowawczyni mogła się znać na lepieniu garnków, nauce angielskiego, czy tańcach i zupełnie nieuzasadnionym jest oczekiwanie, że weźmie jeszcze na siebie tego typu obowiązki.

Zastanawiam się więc w tej sytuacji, czy zaklinanie rzeczywistości przez rząd i twierdzenie, że obecne panie wychowawczynie mają do tego wystarczające kompetencje jest przejawem naiwności, ignorancji, czy może tupetu, który nakazuje rządowi iść w zaparte. To mi przypomina tego rodzaju argumentację, jak ta, zgodnie z którą obecne szkoły są przygotowane na przyjęcie sześciolatków, która w ogóle nie znajduje poparcia w faktach.

Dzień pracującego rodzica jest długi, wykazać się mogą wszyscy.

Rodzice pracujący na cały etat na ogół nie mają szans żeby urwać się w ciągu dnia z dzieckiem na piłkę nożną, zajęcia karate czy tańce.Wieczorem po przyjściu do domu czekają jeszcze na nich inne obowiązki, nierzadko druga pociecha. Skoro przedszkolak spędza w placówce cały boży dzień, to dlaczego tego typu atrakcji nie zorganizować mu w czasie tego pobytu. Będzie to tylko z korzyścią dla niego. Z pewnością także nie odbiera to możliwości wykazania się przez panie wychowawczynie, które dysponują pozostałym czasem na realizowanie podstawowego programu zajęć.

***

Ciekawi mnie, jak ta reforma przedszkola wpłynęła na wasze przedszkola. Czy udało się te nieżyciowe przepisy ominąć? Jeśli tak jak w jaki sposób? Co robicie ze swoimi pociechami w tej sytuacji?

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

24 komentarzy

  1. ~zwyczajne życie · 10 września 2013 Odpowiedz

    Stoję po drugiej stronie,bo moje finanse nie pozwalają mi na płacenie za dodakowe zajęcia. Poza tym po jakie licho 3 czy 4-latkowi tyle zajęć? Wszyscy się burzą, że każą iść 6-latkom, a przedszkolak garncarstwo, piłka nożna, angielski, taniec…no ludzie. Szok! Ale ok, nie moja sprawa. Ja się cieszę, że opłaty obniżone, a w naszym przedszkolu nadal angielski i rytmika i ani grosza nie dopłacamy, bo to są nauczyciele, których kilka lat temu zatrudnił samorząd. Oprócz tego dzieci będą miały gimnastykę prowadzoną przez wychowawczynię. Dla mnie wystarczy, niech się bawi, na resztę przyjdzie czas.

    • Prawnik na macierzyńskim · 11 września 2013 Odpowiedz

      Nikt nie mówi żeby od razu wszystkie na raz. Ale choćby język angielski i rytmika byłoby już zadowalające. W naszym przedszkolu po „reformie” nie ma niczego.

      • ~Kasia · 11 września 2013 Odpowiedz

        Przychodzi mi do głowy jeszcze jeden argument za tym, że zajęcia dodatkowe, nawet jeśli nie wszystkich rodziców na nie stać, mogą być z pożytkiem dla wszystkich dzieciaków – panie wychowawczynie mogą w czasie takich zajęć poświęcić więcej czasu na zajęcie się dzieciakami, które w takich dodatkowych zajęciach nie biorą udziału. A to chyba tez powinno cieszyć tych rodziców, którzy nie zdecydują się (z różnych powodów, nie tylko finansowych) na rytmikę, angielski czy inne formy rozwoju ich pociech…

  2. ~maggi · 11 września 2013 Odpowiedz

    U nas możliwa liczba zajęć dodatkowych była dość ograniczona, była rytmika (obowiązkowa) i angielski, nic więcej. I było OK. Teraz nawet głupia rytmika odeszła w zapomnienie, rytmika która była od zawsze. Bardziej mnie denerwuje fakt, że przedszkole nie moze pobrać żadnych dodatkowych opłat, a więc nie może zoorganizować teatrzyku, wycieczki, zebrać pieniędzy na wyprawkę. Wszystko to spoczęło na radzie rodziców, co niestety w praktyce wychodzi kiepsko. Boję się że skończy się tym, że nawet głupiego teatrzyku nie będzie raz w miesiącu.

  3. ~bamusia · 11 września 2013 Odpowiedz

    Ja odprowadzam mojego 4-latka do publicznego przedszkola ale w małym miasteczku leżącym na obrzeżach jednego z większych miast Śląska. Z uwagi na to,że codziennie dojeżdżamy do tego dużego miasta do pracy, zastanawialiśmy się, czy zapisać pociechę do przedszkola dużego miasta – z teoretycznie lepszą organizacją – czy też do tego blisko naszego domu, ale z dziećmi z okolicznych wsi. Z uwagi na meldunek dziecka musiała wygrać opcja w małym miasteczku. I CHWAŁA BOGU! Wbrew jakimś stereotypom warunki są fantastyczne. To, że zupełnie nowo wybudowany budynek zaprojektowany z uwzględnieniem ludzi o wzroście w okolicach 1 metra, przeszklone ściany, mnóstwo huśtawek i ogromny plac zabaw na podwórku (nawet ubikacja z wejściem od zewnątrz!) – to w tym całym ambarasie okazuje się tylko dodatkowym atutem. W zeszłym roku mały miał 0,5 godzinne zajęcia z angielskiego („zwyczajne życie” nie myśl, że zajęcia z 3-latkami wyglądają jak w szkole, dzieciaki tylko osłuchują się z językiem i czasem zakumają co oznacza obrazek w wersji obcojęzycznej) i z niemieckiego. Z uwagi na wiek nie było rytmiki. W tym roku jest… dokładnie to samo! Z tą różnicą, że mały dorósł do rytmiki i są to jego trzecie zajęcia dodatkowe, a języki trwają 45 min. A dlaczego? Bo lektorzy są zatrudnieni na umowę o pracę (być może niepełne etaty, ale są). Tak sobie myślę, że w większych miastach też można by było tak zrobić, z tym, że jeden lektor mógłby przecież „załatwić” kilka przedszkoli, bo te zajęcia nie są ani cały dzień, ani codziennie.

    • Prawnik na macierzyńskim · 11 września 2013 Odpowiedz

      Można jak się chce. Myślę, że przedsiębiorcze „Panie Dyrektor” znajdą rozwiązanie żeby to ominąć, choćby poprzez zbiórki pieniędzy przez Radę Rodziców.
      Sęk w tym do jakich absurdów dochodzimy. Uchwala się przepisy, które od samego początku należy obejść żeby funkcjonować i stworzyć coś sensownego dzieciom.

  4. ~SzafaSkrajnej · 11 września 2013 Odpowiedz

    Czasem się zastanawiam, kto ma jakie korzyści z reformy oświatowej?

    Jak młody uczęszczął do przedszkola, dodatkowe zajęcia były dla nas rodziców pracujących fantastycznym rozwiązaniem..co nie zmienia faktu że po godzinie 14-stej zostawał w przedszkolu wybór typu : komputer i telewizja…:-(…
    W szkole już zauwazyłam tendecje do znoszenia telefonów z grami, jako jedyna rozrywka…masakra…

    • Prawnik na macierzyńskim · 11 września 2013 Odpowiedz

      Otóż to. Tablety i komórki to znak czasu. Dziś w kolejce WKD przysłuchiwałam się rozmowie dwóch 5-6 latków. Przez 25 minut podróży obaj trajkotali tylko o tym jakiej mocy należy użyć żeby zabić jakiegoś transformatora. Niestety obaj chłopcy otyli. Przypadek?

  5. ~kaasia · 11 września 2013 Odpowiedz

    Gratuluję świetnego bloga :)

    Problem z wyrównywaniem (??) w przedszkolach polega na tym, że niektóre z wycofanych zajęć nie służą jedynie miłemu spędzeniu czasu i np. osłuchaniu się z wymową angielską czy niemiecką. Takie zajęcia jak gimnastyka korekcyjna lub terapia logopedyczna są TYLKO dla dzieci wyselekcjonowanych ze względu na jakiś deficyt. Zajęcia są dla tych dzieci szansą na wyrównanie, nadrobienie różnego rodzaju zaburzeń, opóźnień i umożliwiają prawidłowy start szkolny. Dziecko, które idzie do I klasy i nie mówi prawidłowo – nie będzie prawidłowo czytać i pisać, od początku będą trudności w nauce, a za chwilę niska samoocena, fobia szkolna i końca nie widać…

  6. ~Magda · 11 września 2013 Odpowiedz

    Fantastyczna wypowiedź. Nic dodać nic ująć. Zgadzam się w stu procentach.

  7. ~Usagi · 12 września 2013 Odpowiedz

    To jest równanie w dół. Typowy przykład na to, że jeśli Państwo chce zrobić obywatelom dobrze, to z pewnością efekt będzie odwrotny. W ciągu ostatnich lat mieliśmy w przedszkolach spektakl pt. nie wolno w przedszkolu uczyć czytania i pisania. Teraz nie wolno niczego. Kadra przedszkola w życiu nie jest w stanie zorganizować takich zajęć dodatkowych jakie są oferowane przez firmy zewnętrzne. Na szczęście mój pięciolatek poszedł do zerówki w szkole, a mój sześciolatek do pierwszej klasy. A w szkole, pełne spektrum zajęć dodatkowych. Chłopaki mają co robić od ósmej rano do szesnastej. Mam nadzieję, że nasze Państwo nie wpadnie na pomysł likwidacji zajęć dodatkowych w szkołach w imię fałszywie pojętego wyrównywania szans.

    • ~kaasia · 12 września 2013 Odpowiedz

      I jeśli większość rodziców zrobi to samo, posunięcie rządu okaże się trafione w dziesiątkę! Przecież chodzi o to, żeby 5-latki poszły do szkoły, a rodzice byli tym zachwyceni ;)

  8. ~gemini · 12 września 2013 Odpowiedz

    No tak obniżenie składki i reformy obejmują tylko przedszkola państwowe, nie wiem jak jest w innych miastach ale u mnie zapisując synka do przedszkola, jedynego państwowego na całe ogromne osiedle, zostałam poinformowana że jest tylko 15 miejsc, a ja jestem już 125 na liście, Syn nie dostał się. Nie miałam więc wyjścia, przedszkole prywatne mogłam wybrać sama. I jestem zadowolona ale niestety to niesie za sobą koszty.
    Ale jest warto.
    Ta ustawa tak jakby mnie nie dotyczy i mojego dziecka. Jednakże uważam że zajęcia dodatkowe są idealną formą zapełnienia czasu dziecku w przedszkolu. Są rodzice którzy zostawiają dzieci w przedszkolu na 9 godzin dziennie. Nie wiem co te biedne dzieciaczki mają robić codziennie, z tymi samymi zabawkami i grami, skoro zabierze im się inne dodatkowe zajęcia które rozwijają i stymulują rozwój dziecka. Pewnie doczekamy się sal playstation i dzień z tabletem w przedszkolu.

    Nie wiem dlaczego mam wrażenie że Państwo chce nas w pewien sposób ubezwłasnowolnić, dokonując za nas pewnych wyborów mających wpływ na wychowanie naszych dzieci, poprzez wprowadzanie niezliczonej liczy zakazów i obostrzeń i to wszystko w ” dobrej wierze”

    W przedszkolu prywatnym za dodatkowe zajęcia się płaci i rodzic ma prawo wyboru zajęcia najbardziej odpowiedniego dla dziecka. Ale to są pieniądze dobrze wydane. I płacę za zajęcia które syn uwielbia. I widzę jakie przynoszą mu korzyści :)

    Pozdrawiam serdecznie

  9. ~kaasia · 13 września 2013 Odpowiedz

    Ale fajne buźki!
    Zadomawiam się…

  10. ~jaa2 · 13 września 2013 Odpowiedz

    W przedszkolu mojego dziecka zatrudniane są panie po studiach pedagogicznych, które chwalą się wieloma zaświadczeniami ukończenia kursów i szkoleń. Jest ich 10. Pracują w oparciu o Kartę Nauczyciela (25 godzin/tydzień). To skandal, że żadna z nich nie potrafi poprowadzić, 2x30min w tygodniu, żadnych (z dotychczas płatnych) zajęć na poziomie 3 czy 4 latków. Na rynku jest sporo osób, które chętnie zajęłyby ich miejsce i takie zajęcia potrafiłyby poprowadzić. Kto dał tym paniom dyplom ukończenia studiów i dlaczego zostały zatrudnione w przedszkolu, jeśli poziom kilkulatków ich przerasta.

  11. ~anatewka · 13 września 2013 Odpowiedz

    Jestem nauczycielem angielskiego i prowadzę zajęcia również w przedszkolach. Proszę mi uwierzyć, że moje zajęcia nie są dla dzieci początkiem wyścigu szczurów. Są dla nich świetną zabawą, która rozwija je wszechstronnie. Nie jest dla nich wysiłkiem, a zajęcia absolutnie nie wyglądają jak szkolne siedzenie w ławce, wkuwanie słówek etc. Nie oznacza to jednak, że maluchy nie wynoszą nic z tych zajęć. Wynoszą dużo więcej niż ‚osłuchanie’ z językiem. Po roku nauki 3-4 latki znają sporo słow po angielsku i budują proste zdania. Im młodsze dziecko tym łatwiej przyswaja język, a te które zaczynają zabawę z angielskim w przedszkolu – mają po prostu łatwiej. A mieszanie obowiązku szkolnego sześciolatków z zajęciami dodatkowymi w przedszkolu prowadzonymi W FORMIE ZABAWY jest nieporozumieniem, a wręcz manipulacją.

  12. ~asiasia · 19 września 2013 Odpowiedz

    PANI DYREKTOR !!!!!Pedagog!!!!! w naszym przedszkolu, na pierwszym zebraniu powiedziała, że „dzieci wcale nie muszą uczyć się angielskiego, niech sie nauczą mówić dobrze po polsku”… a jak chcemy to możemy kupić dziecku płytę z kursem i „niech w domu słuchają”…
    Lata świetności polskiej edukacji chyba minęły bezpowrotnie…

  13. ~Goonza · 20 września 2013 Odpowiedz

    Od 3 tygodni mój prawie trzylatek chodzi do niepublicznego katolickiego przedszkola w dośc małym mieście i…. jest zachwycony ja zreszta też. Opiekują się nim zarówno siostry zakonne (wprost uwielbia wiecznie uśmiechniętą siostę Anne) jak i zwykłe przedszkolanki. Płacimy 368 zł w tym ma angielski rytmikę taniec gimnastyke korekcyjną i logopedę. jedzenie przygotowywane na miejscu tygodniowy jadłospis wywieszony na tablicy ogłoszeń. Budynek nowy dostosowany dla dzieci z dużym placem zabaw, rodzice czynnie uczestniczą w życiu przedszkola. Ogólnie same zalety za przyzwoitą cenę.

  14. ~Kasia z Krakowa · 10 października 2013 Odpowiedz

    Witam serdecznie,

    Gratuluję Pani bloga, który widać, że jest rezultatem pasji. Dobrze, że nie została Pani w katedrze rolniczej ;)
    W nawiązaniu do tematu przedszkoli, chciałam również dołożyć swoje 5 groszy. Jestem szczęśliwą mamą dwóch chłopców Jasia i Antosia (4 lata i 1,5 roku), ale jestem też spełniającą się zawodowo kobietą, która próbuje znaleźć gdzieś złoty środek między rodziną i pracą. I pewnie temat ustawy przedszkolnej nie leżałby w zakresie moich zainteresowań, gdyby nie fakt, iż Jaś uczęszcza do państwowego krakowskiego przedszkola. Z przedszkola jesteśmy bardzo zadowoleni: cudowna Pani Dyrektor, wspaniałe panie, a co najważniejsze zachwycony Jaś. W ubiegłym roku w ramach dodatkowych zajęć dzieci chodziły na tańce, rytmikę i angielski, miały wyjścia do muzeum, ZOO i na inne wycieczki. Dlatego niestety nie mogę zrozumieć głupoty naszego ustawodawcy. Obecnie musieliśmy zrezygnować z tego wszystkiego, w tym z rytmiki, na której dzieci miały możliwość grać na różnych instrumentach, przygotowywały przedstawienia, Jasełka itd, a Pani uczyła ich podstawowych pojęć muzycznych. Panie przedszkolanki są bardzo kreatywne, na stronach internetowych przedszkola umieszczają edukacyjne artykuły, pomagają rozwijać u dzieci kreatywność, ale nie muszą być muzykami! Ja również dbam o rozwój mojego dziecka, korzystam z różnych dostępnych pomocy dydaktycznych, ale nie mam żadnego talentu muzycznego i w tej dziedzinie niewiele mogę zaoferować mojemu dziecku, dlatego NIE ROZUMIEM logiki ustawodawcy. Jak można nazwać to równaniem szans. Przecież RÓWNO nigdy nie będzie. A zresztą, co to znaczy równo. Przecież dochód per capita w dwóch rodzinach może być taki sam, przy czym jedna rodzina zdecyduje się zainwestować w dziecko, a inna będzie wolała to przejeść lub przepić. To znaczy równo???
    Ja jestem w sytuacji takiej, że mogłabym posłać Jasia do przedszkola prywatnego, ale Jaś kocha swoje obecne przedszkole…. Ja niestety dużo też pracuję, podobnie mój mąż, a na dodatek jest jeszcze Antoś i ciężko jest mi zapewnić dzieciom zajęcia dodatkowe poza przedszkolem, bo w domu jestem około 18-tej. Nie jest to już odpowiednia godzina na zajęcia.
    Czy nie można w takim razie zebrać pieniędzy od rodziców i wpłacić je na konto przedszkola tytułem DAROWIZNA – język angielski lub DAROWIZNA – zajęcia z rytmiki. Czy wtedy przedszkole będzie zobowiązane wykorzystać te pieniądze na taki właśnie cel?

    Z góry dziękuję i jeszcze raz gratuluje!
    Kasia z Krakowa

    • Prawnik na macierzyńskim · 22 października 2013 Odpowiedz

      Oczywiście, że równo nigdy nie będzie! Wbrew pozorom tracą na tej zmianie dzieci z przedszkola publicznego. Nic dodać nic ująć do Pani komentarza. Pozdrowienia dla Jasia i Antosia.
      PS proszę nie ryzykować z tą darowizną – po pierwsze cel darowizny jest inny, a po drugie płaci się od darowizny podatek!

  15. ~Asia Kop · 5 grudnia 2013 Odpowiedz

    Kurcze, powiało nowobogactwem ;) Przepraszam za określenie, jednak mam do czynienia z podobnymi komentarzami dość często. Temat jest mi bardzo bliski bo od kilku lat jestem dyr. przedszkola. Znam ludzi o takich samych poglądach i zazwyczaj są to osoby które : zapisują swoje dzieci na wszystkie dyżury nawet te 24.12 i najchętniej odbierają je zaraz przed zamknięciem przedszkola, nigdy nie czytają tablic ogłoszeniowych grupowych już nie wspominam o głównych. Na zebrania ogólne lub spotkania z psychologiem przychodzą razem z dzieckiem – a co niech też sobie posłucha bo to o nim mowa. Kontakty indywidualne z wychowawcą …. po 15.30, oj to za wcześnie lepiej będzie około 19. Zajęcia w przedszkolu ale jakie, przecież dzieci się tam nudzą, ciągle tylko „Król ciszy”, to nic, że Panie wreszcie nauczyły go w wieku 6 lat tyłek podcierać. Itd itp. Znam to aż za dobrze, swego stanowiska nie traktuje dożywotnio , dyrektorem się bywa a nie jest od urodzenia. Jeśli chodzi o prywatne przedszkole, dziecko w rodzinie chodziło, sama czasem je odbierałam i…..Polacy mają to do siebie , że jeśli zapłacą i to jeszcze dużo to wcisnąć można im każdy kit.Przepraszam jeśli ktoś poczuł się urażony.

Zostaw odpowiedź