Proof of Heaven

O dowodach na istnienie nieba i o tym jak niewiele trzeba, aby rąbka tego nieba niektórym uchylić.

Eben Alexander to doświadczony amerykański neurochirurg, który w swojej zawodowej karierze przeprowadzał setki operacji chirurgicznych na ludzkiej czaszce i mózgu.

Któregoś dnia organizm Ebena Alexandra zaatakowały bakterie E-coli, powodujące ciężkie i rzadkie u osób dorosłych zapalenie opon mózgowych, skutkujące śpiączką, w której Eben spędził ponad tydzień. Podczas śpiączki doświadczył niesamowitych mistycznych przeżyć, do których z naukowego i dobrze mu znanego – neurochirurgicznego – punktu widzenia jego mózg nie był zdolny. W tym bowiem czasie nie funkcjonowała mu kora mózgowa odpowiedzialna za pamięć, mowę, uczucia, logikę oraz świadomość wizualną i słuchową. Jakimś cudem mimo wszystko udało Ebenowi się doświadczyć nieba, poznać Wszechmogącego i spotkać się z pewną małą dziewczynką, która potem okazała się być jego przyrodnią siostrą zmarłą przed laty i za życia niepoznaną. W niebie zaś stała się jego aniołem-przewodnikiem. W dodatku Eben zdołał to wszystko zapamiętać w najdrobniejszych szczegółach.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, co spotkało Ebena Alexandra to szczerze polecam jego książkę „Proof of Heaven” („Dowód Nieba”), która opisuje i tłumaczy te przeżycia konfrontując je z nauką i praktyką medyczną. Możecie przeczytać też  przykładową recenzję, której w internecie nie brak i może ona was zachęci.

Po tygodniu pobytu w niebie Eben Aleksander obudził się z tej niebywałej i pełnej przeżyć śpiączki, która o dziwo nie spowodowała, choć teoretycznie powinna, żadnych uszkodzeń jego mózgu. Eben jest przekonany, że stało się tak dlatego, żeby mógł nam opowiedzieć, że istnieje coś takiego jak królestwo niebieskie i wszechmogąca energia (nazwijmy ją Bogiem), która bezgranicznie nas kocha niezależnie od wszystkiego, co robimy. Miejsce, w którym wszyscy się kiedyś spotkamy i w którym króluje głównie dobro.

Jednak zanim to nastąpi każdy z nas musi jakoś przeżyć swój czas, tu na ziemi, gdzie towarzyszy nam także zło i niesprawiedliwość.

Taką okrutną niesprawiedliwością są choroby małych dzieci, skazanych na dozgonne cierpienie, udrękę i smutek.

Znana wam zapewne Radomska – onetowa blogerka nogami, rekami (w tym poprzez klawiaturę od komputera) wspiera Fundację Gajusz, ktora opiekuje się dziećmi z problemami onkologicznymi. Jednym z celów Fundacji jest budowa Stacjonarnego Hospicjum dla Osieroconych i Chorych Dzieci.

Fundacja Gajusz wzięła te dzieci pod skrzydła, ponieważ los te maluchy straszliwie doświadczył, wystawiając ich oraz ich rodziców na potworną próbę, której większość z tych rodziców nie przeszła. Te dzieci zanim trafią do nieba, muszą przejść przez piekło zmagając się z różnego rodzaju chorobami nowotworowymi.

Niektóre z tych dzieciaków, noszą to brzemię już od samego urodzenia. Całe swoje życie  leżą lub chodzą z wenflonem na rączce lub w głowie, by można im było w każdej chwili pobrać krew, podać kroplówkę lub wlać kolejną porcję chemii, ketonalu lub morfiny. Nie wiedzą jak wygląda zabawa na kulkach, skoki na trampolinie, czy jazda z dmuchanej ślizgawki w kształcie smoka. Za to doskonale wiedzą, jak wygląda radio i chemioterapia i z czym się wiąże. Mają świadomość, że wypadają po niej włoski i nie da rady niczego przełknąć bez wymiotowania przez kolejny tydzień od zakończenia danego wlewu. Wiedzą też co to sterydy oraz to, że się po nich puchnie. Znają smak jeszcze setek innych leków, od których dostają skrętu kiszek lub doświadczają innych objawów. Ale mimo to ufnie je z rąk dorosłych przyjmują, wierząc, że kiedyś to się skończy.

Na domiar złego są w tym cierpieniu samotne. Nie mają się komu poskarżyć i do kogo przytulić, bo często ich opiekunowie, nie będąc na takie cierpienia dziecka przygotowani – wolą na nie po prostu nie patrzeć i odchodzą w swoją stronę.

Oto dowód na piekło. I to tu – na ziemi

Z myślą o tych dzieciach Fundacja Gajusz pragnie stworzyć Stacjonarne Hospicjum dla Osieroconych Dzieci w Centralnej Polsce.

Ma być ono domem. Nie szpitalem, nie sierocińcem, ale przytulnym miejscem, w którym te dzieci doświadczą namiastki normalnego życia. Namiastki, bo przecież na normalne nie mają już szans. Stworzyć im taką możliwość, to jak  uchylić im rąbka nieba jeszcze za życia.

Inwestycja prowadzona przez Fundację Gajusz już miała się ku końcowi, gdy okazało się, że na jej dokończenie zbraknie pieniędzy. Mali podopieczni, mimo że byli już spakowani i wyczekiwali przeprowadzki jak zbawienia, kojarząc ją z szansą na nowe, lepsze życie, musieli się z powrotem rozpakować i porzucić te nadzieje.

Opiekujący się nimi wspaniali ludzie nie bardzo wiedzą, jak po raz kolejny powiedzieć im, że muszą poczekać na to „zbawienie”, bo zdają sobie sprawę, że te dzieciaki czekać naprawdę nie mogą.

Żeby dokończyć to niebo dla dzieciaków zabrakło raptem kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Wiem, że społeczność internetowa nie pozostaje głucha na takie inicjatywy. Dlatego pozwoliłam sobie napisać o prośbie Radomskiej i  przyłączyć się do niej  w imieniu własnym.

Każde 10 zł posunie remont Hospicjum o krok do przodu. Taką lub inną kwotę można wpłacić tutaj.

W imieniu tych dzieciaków, dziękuję także każdemu, kto poświęcił chwilę na dokończenie czytania tego wpisu, odwiedzenie strony internetowej Fundacji Gajusz i udostępnienie niniejszej prośby znajomym.

Kto wie, jeśli Eben Alexander się nie myli może właśnie któreś z tych dzieciaczków zostanie kiedyś naszym aniołem – przewodnikiem.

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

1 komentarz

  1. radomska_to · 27 czerwca 2013 Odpowiedz

    Baardzo dziękuję w imieniu Fundacji za ten apel!!!

Zostaw odpowiedź