Juwenalia. Koncertowo odmłodzona.

Surfując w ubiegłym tygodniu po necie przypadkowo natknęłam się na informację, że nazajutrz na Stadionie Syrenki warszawscy studenci będą bawić się na koncertach z okazji Juwenaliów!

Ujrzałam listę koncertów i kapel, które mają wystąpić szczęka mi opadła i od razu poczułam znajome Woodstockowe klimaty.

Dżem, Gentelman, Hey, Farben Lehre, Happy Sad…

No cóż, jak sięgnę pamięcią na Polibudę Warszawską zawsze można było liczyć!

Z miejsca zapragnęłam się tam udać.

Miałam farta, bo udało mi się zorganizować panią nianię na cito, więc pełna entuzjazmu przystąpiłam do organizowania stroju.

Chwila zadumy.

Zaraz, zaraz, a co ja na siebie mam właściwie włożyć żeby wyglądać jak na studentkę przystało?

Ostatnio ćwiczyłam tę rolę w Schronisku pod Strzechą i jakoś szło, ale wtedy było znacznie prościej, bo założyłam po prostu gogle narciarskie, kominiarkę i kask.

Teraz otwieram szafę Prawnika na macierzyńskim i przez moment ogarnia mnie panika. Nie ma tu odpowiednich rzeczy!

Pół godziny kopania i wywalania wszystkiego na łóżko i uff… Są!

Z ulgą odnajduję swoje ulubione bojówki ze starych, dobrych czasów pamiętających studenckie imprezy. Jakoś się w nie wbijam i dopinam guzik, więc dobry humor mi powraca. Odkurzyłam zapleśniałe martensy i odkopałam swoją bluzkę z mojego pierwszego Woodstocku. Bluzka jest wręcz idealna – przylegająca tam gdzie trzeba i eksponująca „broń ostateczną” – jak mawia moja koleżanka. Jeszcze tylko odpowiedni makijaż i nastroszyć pióra żeby przypominały dawną „burzę”.

Gotowe!

Spoglądam w lustro. Jestem usatysfakcjonowana. Jest nieźle! Teraz wpuszczą mnie na pewno.

W końcu kto powiedział, że studiuje się tylko pięć lat…

Przed bramą wejściową kłębią się tłumy młodych ludzi. Mnóstwo studentów i kandydatów na studentów. Szacuję, że przede mną dobre 20 minut stania w kolejce.

Nie szkodzi. Z przyjemnością postoję. Dzieci sprzedane na cały wieczór, jestem matką wyluzowaną,  nigdzie mi się nie spieszy. Smakuję to uczucie, bo już od dawna nie miałam takiego luzu.

Nagle mój błogi spokój zaburza okrzyk młodej, wypacykowanej, podbiegającej do nas dziewczyny. Wbija się bez pardonu w kolejkę i zwraca się do swojej paczki stojącej tuż przede mną. Na jej twarzy maluje się totalne przerażenie.

Słuchajcie jaki kwas! – krzyczy autentycznie spanikowana – Na bramce sprawdzają dowody osobiste!!!

Hmm… uśmiecham się  pod nosem. Biedne dzieciaki. Od jakichś 15 lat to już nie mój problem.

Ale chwileczkę! Nie wzięłam ze sobą żadnych dokumentów. Mam tylko gotówkę. Teraz i ja się zaniepokoiłam.

Przecież cale popołudnie pracowałam nad swoim wyglądem i ku mej uciesze odniosłam nie mały sukces ;)

Po chwili się wyluzowuję. W końcu negocjacje są częścią mojej codziennej pracy.  W dodatku mam wspaniały przedkoncertowy nastrój i dziwnie rozwiązany język (to chyba po tych dwóch piwach wypitych jeszcze przed wyjściem na wyluzowanie). Dam jakoś radę.

W głowie układam sobie przemówienie, które zamierzam wygłosić do wielkiego pana bramkarza. W stylu:

Hej miły bramkarzu! Jest mi niezmiernie miło, że pyta mnie pan o dowód…. To mój bardzo udany dzień! Już dawno nikt mi nie sprawił takiego komplementu panie bramkarzu! (…)

Kiedy swoją spontaniczną reakcję opanowałam już do perfekcji, powoli docieram do bramek. Faktycznie sprawdzają dowody. Nadeszła moja kolej:

- No wie pan… – zaczynam z szerokim uśmiechem. Bramkarz nie daje mi jednak dokończyć.

- Nie nie trzeba…- po czym kieruje mnie do bocznej bramki.

Panią proszę tędy. Zapraszam. Życzę pani miłego koncertu!

A NIECH TO SZLAG!

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

2 komentarzy

  1. ~Usagi · 22 maja 2013 Odpowiedz

    Życie jest pełne niespodzianek. :-)

  2. ~Mamade · 22 maja 2013 Odpowiedz

    Uśmiałam się:))

Zostaw odpowiedź