Alkohol na nartach

O zbawiennym na samopoczucie wpływie schroniska górskiego. Wszelkie kuracje odmładzające zbędne. Gorąco polecam.

Wreszcie moja kolej na jazdę

Z przyjemnością opuszczam zajechane już doszczętnie nartostrady Białego Jaru i biorę na cel Śnieżkę.

Wciągam się najpierw wyciągiem o nazwie Liczykrupa, potem talerzykiem Euro, następnie Grosikiem, a na końcu mam w planie Złotówkę. W miarę jak zaliczam kolejną walutę i nominały, dziwnie ubywa mi kasy. Ale warto. Widoki są coraz lepsze. Nartostrady prawie puste! Pogoda całkowicie wiosenna. Marzenie każdego narciarza!

Karpacz o tej porze roku przypomina wymarłe miasto. Tutejsze stoki także. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę dni temu, w lutym, nie było tu gdzie szpilki włożyć. Teraz, w marcu, wszystkie pensjonaty świecą pustkami, część z nich straszy ciemnymi oknami i celowo odmawia gościny. Właściciele twierdzą, że nie opłaca im się uruchamiać całej obsługi dla pojedynczych „zbłądzonych”. Dziwne, że tak małą popularnością cieszy się to miejsce poza feriami, bo warunki narciarskie są naprawdę wyśmienite. Śniegu w bród! Słońce przygrzewa – w cieniu jest plus 11 C w słońcu 22 C! Mój zimowy kombinezon wydaje się zupełnie nieodpowiednim strojem na tę pogodę.

Złotówka

Razem ze mną na orczyku Złotówka jedzie pan z budzącym respekt znakiem i napisem GOPR. Opowiada mi historię najtragiczniejszej lawiny w polskich górach z 1968 r., tj.słynnej lawiny w Białym Jarze - tuż obok – która zabiła 19 osób. Potem zachwyca się schroniskiem, w którym mieszka. Z reguły mieszka w Samotni, ale teraz – tu nieopodal pod Strzechą Akademic, w której – jak twierdzi – świetnie dają jeść. Mój rozmówca wie, co mówi, bo od lat tam rezyduje, a poza tym ostatecznym potwierdzeniem, które miało mnie przekonać – miał być jego brzuch. Faktycznie – jak na brzuch GOPR-owca był nieco sporawy.

Wreszcie docieramy na sam szczyt Polany, skąd rozciąga się piękny widok na Karkonosze i wąską trasę prowadzącą pod Strzechę.

Zaczynam powoli odczuwać głód. Dlaczego by nie rozpocząć tych zjazdów od wrzucenia czegoś na ruszt?

OK. Jadę wraz z nim odwiedzić tę Strzechę. Byłam tam jako nastolatka, więc przyda mi się taka retrospekcja.

Strzecha Akademicka

Jest to chyba najstarsze schronisko w Karkonoszach. Początkowo było budą pasterską stojącą na malowniczej Polanie Złotówka, przy starym Trakcie Śląskim, która służyła górskim wędrowcom już w I połowie XVII wieku. W miarę upływu czasu, buda ewoluowała i zamieniła się w schronisko. Jest to niesamowicie klimatyczne i urokliwe miejsce. Odnoszę wrażenie, że niewiele w nim zmieniono od jakichś 100 lat, ale mylę się, bo buda w latach 50-tych ubiegłego wieku przeszła gruntowny remont. No tak. Ale przecież jest XXI wiek. A zatem mamy tu przepiękny zabytek.

W środku jest zielony piec kaflowy, pyszna kuchnia, drewnianą trzeszczącą podłogę i najważniejsze –  cudowny drewniany taras z widokiem ośnieżone zbocza Śnieżki.

Wszędzie dookoła bielutko. Cisza jak makiem zasiał. Kiedy siedzisz na takim tarasie, słonce przygrzewa ci w plecy, jesz przepyszne ruskie pierogi, niepotrzebne ci już nic więcej do szczęścia.

Niech się schowają wszystkie luksusowe hotele tam w dole. Żaden nie ma takiego uroku i klimatu! Łazienka w pokoju? A po co! Ciepła woda w kranie? Przeżytek.

Na ten moment wszystko wydaje mi się zbytkiem.

Po 10 minutach spędzonych na leżaku dociera do mnie, że jest jednak rzecz, której teraz mi wyraźnie brakuje. I nie jest to zasięg w komórce!

Ileż można się raczyć gorącą czekoladą?

Grzane wino… o tak! Poproszę o jedno… takie malutkie. Dokładnie takie, jakie pije poznany przeze mnie GOPRowiec.

Jest cicho i przyjemnie. Jednak z daleka docierają do mnie ludzkie głosy. Dużo ludzkich głosów. Nagle zapanował porządny rejwach. A jednak schronisko nie jest takie opustoszałe, jak mi się wydawało. Jest koło godziny 15.00 i właśnie zjeżdżają mieszkający tutaj studenci, głównie AWFu. Coraz wyraźniej słyszę dźwięk ich ciężkich butów, które bezlitośnie stukają i rysują tę zabytkową drewnianą pogodę. Sądząc po odgłosach, jakie stamtąd dochodziły, zdążyli już porzucić sprzęt w narciarni. Większość jest chyba zadowolona z dzisiejszych zjazdów, bo zewsząd dolatuje euforyczne „zajebiście”.

Teraz wszyscy bezczelnie ładują się na mój taras! Wylała się ta cała „zajebista” horda i jak można się domyślać, uczyniła przy tym sporo hałasu, od którego właśnie miałam w planie odpocząć.

Złaźcie z mojego tarasu! Odsłońcie mi słonce!

Po chwili taras zapełnił się rozbawionymi studentami. Rozsiadają się na leżakach stojących wokół mojego. Nie minęło kolejne 10 minut, a już każdy z nich zdobył po kuflu z piwem lub winem. Podchodzi do mnie moja nowa koleżanka i wręcza mi kufel ze smakowitą pianką.

- Dla mnie? Ale ja nie zamawiałam…

Hmmm… myślę w duchu – czy ja wyglądam jak studentka?

W kasku i goglach, których się jeszcze nie pozbyłam (bo pełniły rolę okularów przeciwsłonecznych) może trochę studentkę przypominam…

Biorę to za komplement! A niech to… biorę i piwo. Nie mam wyjścia.

Zatapiam usta w piwnej pianie. I zachodzę w głowę, co było lepsze tamten grzaniec, czy to zimne piwo. Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.

Wreszcie, w pełni odprężona, wyciągam zmęczone nogi na leżaku. W końcu żeby tu dotrzeć pokonałam już ze 4 wyciągi. Leżę i delektuję się chwilą. Nie ma ani grama wiatru. Nie ma też zasięgu. Jest za to muzyka, są studenci i piwo.

Co studiujesz?

Ja? Ja już dawno … no tego…

To dziwne, ale kiedy ludzie pytają mnie, jaki kierunek studiuję (choć mówiąc ściślej w pytaniu na ogół używają czasu przeszłego) i na to odpowiadam, że – prawo – zaczynają się dystansować i być podejrzliwi. Postanowiłam nie ryzykować tym razem.

No AWF oczywiście! Jak większość tu obecnych!

No dobra rozkręcam się. Zamawiam drugie piwo. Znowu dostaję zimne. Nie szkodzi, jestem dostatecznie rozgrzana uprawianym dzisiaj stylem narciarstwa.

Rozmawiamy o lutowej sesji, którą szczęśliwie MAMY już za sobą.  Na chwilę znowu jestem studentką.

Jest już sporo po 16.00. Słońce ciągle obecna na tarasie, ale widać, że to jego ostatnie podrygi. Poza tym, niżej – czyli tam dokąd się wybieram – już na pewno go nie ma.  Żaden z wyciągów już nie działa. Tyle, że wyciąg jest mi do niczego nie potrzebny. Mieszkam przecież u podnóża góry. Wystarczy jakoś dostać się do trasy zjazdowej i potem prosto w dół. Raczej się nie zgubię. Nawet z moim talentem. Oceniam, że na trzeźwo byłoby to max. pół godziny jazdy.

Jazda na nartach po alkoholu

Pomimo dwóch pysznych piw i jednego grzanego wina coś mi w głowie świta. Obowiązuje przecież coś takiego jak ustawa o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i wprowadzono nią przecież bezwzględny ZAKAZ PROWADZENIA NART PO ALKOHOLU. Szkoda że nie mam ze sobą alkomatu. Ile mogę mieć?

Jak więcej niż 0,5 promila to pozamiatane. Grzywna do 5 tysięcy. A jaki obciach…

Czytałam, że po stoku jeżdżą patrole policyjne i każą dmuchać w balonik. Zupełnie jak na Gierkówce.

Tylko co tam ustawa, patrole i grzywna skoro mam takie miękkie kolana… Stok wprawdzie pusty, ale niech mi się nawinie jakiś niewydarzony 4-latek, jak ten mój osobisty. O nie!  Nie ma mowy!

Jakie mam opcje?

Hmm. Schronisko jest ogromne. Znalazłoby się miejsce dla dodatkowej nadprogramowej studentki AWF?

No jasne!

Zimna woda? Ostatecznie może być. Najwyżej nie skorzystam. Przecież z brudu nie umrę.

Zaczynam serio rozważać tę opcję, bo podoba mi się ona coraz bardziej.

Ale z drugiej strony jest nie bez konsekwencji. Gdzieś na dole w całkiem innym świecie, w pensjonacie, w którym leci ciepła woda, czeka na mnie moja rodzina. Właściciel schroniska jakby czytał w moich myślach.

Właśnie jedzie na dół po zaopatrzenie. Dysponuje jakimś dziwacznym sprzętem z gąsienicami. Wygląda na to, że zabiorę się z nim. Koniec narciarstwa na dzisiaj.

Żegnajcie studenci

Ni to ratrak ni to skuter. Dziwna ta krzyżówka, ale mknie jak trzeba. Prędkość, z jaką zjeżdżamy w dół otrzeźwiła mnie w sposób dostateczny.

Na dole znowu cywilizacja pełną, brudną gębą. Szare, zabłocone ulice, z brązową breją z każdej strony i samochodami na chodnikach.

Obiecuję sobie, że następnym razem zadekuję się jednak w schronisku. Skoro raptem 2 godziny wystarczyły żeby odmłodzić mnie o 15 lat, to jak wpłynie na mnie cały pobyt?

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

5 komentarzy

  1. ~looqash. · 28 marca 2013 Odpowiedz

    Fajna historia :) Tylko czemu sama, bez rodziny, na stoku? Nie jeżdżą na nartach?

    • Prawnik na macierzyńskim · 28 marca 2013 Odpowiedz

      Jeżdżą, jeżdżą ;) Tylko to był czas koniecznych szlifów niebieskiej „nartostrady” Białego Jaru, na której szkolił się mój 4-latek. Doszliśmy w końcu do tego etapu, w którym zjeżdżaliśmy z nim na zmianę, po to żeby osoba mająca „wolne” mogła nieco nogi „rozprostować” na czymś bardziej pochyłym ;)

  2. ~Jola · 2 kwietnia 2013 Odpowiedz

    Dobre! wrócę tu jeszcze

Zostaw odpowiedź