Patent na skręty 4-latka

czyli jak skutecznie zmusić dziecko do skrętów i przetrwać z nim tydzień na stoku.

Zimową zabawę czas zacząć

Razem ze sprzętem i rozbrykanym 4-latkiem doczłapaliśmy się jakoś pod stok zwany Białym Jarem. Jest cudownie!!! Wszędzie biało, słonecznie. I pusto, bo jest tak rano, że narciarze jeszcze nie zdążyli zapełnić stoku. Marzyłam o tym cały poprzedni sezon, który ze względu na ciążę mi przepadł. Wzięłam z kasy mapkę żeby przestudiować nartostrady. Szybko dochodzę do wniosku, że słowo „nartostrady” jest zdecydowanie nadużyciem.

Mamo, patrz! Latające krzesełko! Możemy nim też polecieć?

Przypinam zielone krowy do butów 4-latka, zapinam swoje i po chwili siadamy na sześcioosobowej kanapie. Wzbijamy się w górę.

Trasy na Białym Jarze

Kurczowo trzymam smerfa, żeby nie wypadł za burtę i jednocześnie konfrontuję otrzymaną w kasie mapkę z rzeczywistością, bo teraz mogę te trasy obejrzeć z lotu krzesełka. Z mapy wynika, że są aż trzy trasy zjazdowe. Dwie niebieskie o dość skromnym nachyleniu i jedna czerwona. W praktyce okazuje się jednak, że obie niebieskie pokrywają się ze sobą w 70%. Z kolei trasę czerwoną wytyczono z tego względu, że i tak wycięto pasmo drzew pod wyciąg kanapowy. W związku z tym, trasa ta przebiega dokładnie pod wyciągiem. Jest dość wąska, dokładnie na szerokość wyciągu.  Wydaje się, że status czerwonej otrzymała ze względu na trudność polegającą na konieczności ominięcia słupów podtrzymujących kanapę i tę właśnie wąskość, co w sumie naprawdę jest niebezpieczne. Przeszło mi przez myśl, że chyba tylko w naszej kreatywnej Polsce możliwe jest żeby dopuścić coś takiego jako nartostradę.

Śnieg iskrzy się od słońca, dookoła ciemnozielone drzewa, powietrze czyste, a smerf na chwilę zamilkł z wrażenia, że lata.  

Czy może być piękniej?

Po chwili docieramy do stacji końcowej. Chwytam smerfa pod pachę i zjeżdżam z nim kawałek niżej. Jestem zdziwiona, że tak gładko do tej pory nam idzie. Dopinamy do końca buty, krótka rozgrzewka i wygląda na to, że ten moment właśnie nadszedł.

Jeszcze tylko konieczne przypomnienie zasad panujących na stoku typu: moje prośby to świętość, mamy trzeba bezwzględnie słuchać i nigdy nie wychylać się z fruwającego krzesełka, itd.

A teraz ad rem, jak to mówią moi koledzy po fachu.

Co to jest pług

Pamiętasz synu co to pług?

Kiwa kaskiem, że nie pamięta.

Jak to? Nie pamiętasz już co ci instruktor na poprzedniej górce pokazywał?

W takim razie spójrz na moje narty. Widzisz? Ustawiasz swoje narty tak, że ich czubki się dotykają.

Czyli moje krówki, mamo?

Tak, czyli te krówki, co masz na czubkach. One muszą się spotkać.

A te z tyłu też mogą się dotknąć?

O nie! Bo zjedziesz na krechę!

Ja chcę na krechę, mamo!

Po tych słowach pośpiesznie połączył tylne krowy z tylnymi, a przednie z przednimi i ruszył, a mi został w rękach tylko jego kaptur od kurtki.

Po co oni robią te kaptury odpinane?

ZATRZYMAJ TE KROWY!!!

Doganiam go póki co bez trudu i zajeżdżam drogę. W myślach próbuję sobie odtworzyć co mówiłam o smyczy na stoku.  Że niby dlaczego jej nie zainstalowałam?

Stój mały draniu! Na stoku musisz się mnie słuchać. Bezwzględnie!!! Powtórzyłam.

Ale mamo!

I nie kwestionować mojego zdania. Pod żadnym pozorem! A teraz skup się. Spróbujemy zahamować inną metodą. Lubisz pizzę?

Tak.

Świetnie, bo przez tydzień za karę jej nie zjesz – chciałam wypalić, ale zamiast tego powiedziałam: to ustaw swoje narty w kształcie kawałka pizzy. Tak jak ja to robię teraz.

Dobrze, a jaka to będzie pizza, mamo?

Z serem. Wykroisz nartami taki kawałek pizzy z serem.

Nie! Mamo ja chcę zjeść szynką! A w ogóle to dziś chcę frytki.

Kask w praktyce

Po tych słowach niezgrabnie się wywalił, uderzając przy tym porządnie głową o ziemię i śmiejąc się z tego powodu jak nigdy.

Mamo, wybaczam tym krowom.

Taka reakcja była możliwa tylko dlatego, że miał na głowie kask z potworkiem.

Teraz dopiero dostrzegam, że przywrócony ustawą o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach obowiązek jazdy w kaskach na nartach i snowboardzie do 16 roku życia, to chyba jeden z mądrzejszych pomysłów ustawodawcy ostatnich lat, jeśli chodzi o tę dziedzinę. Spoglądam dookoła i ze zdumieniem odkrywam, że jest to przepis, który wszyscy rodzice karnie respektują. Przynajmniej tu na Białym Jarze. Kiedy się patrzy na takie małe kajtki, nie ma wątpliwości, że ustawowy obowiązek ich obejmuje. Problemem okazują się jednak nastolatki.

Za Chiny Ludowe nie odgadniesz czy to jeszcze 14, czy może już 16- latek. Panowie obsługujący wyciągi powinni selekcjonować dzieciaki i nie wpuszczać tych, które chcą się wbić na górę nie mając odpowiedniego zabezpieczenia na głowie, ale z drugiej strony jak by to miało wyglądać. Słyszałam jak niektórzy nawet próbują:

Ile masz lat? – pyta pan wyciągowy jednego snowboardzistę bez kasku na głowie.

Szesnaście. Skończone – podkreślił.

I na tym śledztwa koniec. Wyciągowy nie ma uprawnienia żeby jakkolwiek takie oświadczenie zweryfikować. Wierzy nastolatkowi na słowo i puszcza go dalej.

Kask czy czapka

Fantazjując, że również jestem objęta ustawowym obowiązkiem posiadania kasku, zainwestowałam wcześniej w odpowiedni dla siebie. W końcu przykład powinien iść z góry. I muszę przyznać, że żadna czapka do kasku się nie umywa. Nic człowiekowi nie spada na oczy, nie podwiewa w uszy, gogle nie uciskają w głowę, a kiedy zimno – wkłada się pod to cudo kominiarkę. A że nie wygląda się w tym jak miss góry? No trudno. Czasy strojenia na stoku ewidentnie mam za sobą. Teraz jestem tu w innej roli. Pasterza, który wypasa zielone krowy.

No właśnie, a gdzie one są?

Wygląda na to, że mój mały smerf błyskawicznie pojął o co w tym chodzi. Czeka na mnie jakieś 20 metrów poniżej i coś wrzeszczy. Jest prawdopodobnie najmłodszym uczestnikiem tego stoku.

Ba! Wkrótce miał się nawet stać maskotką Białego Jaru, bo pruje przed siebie z góry na dół, by dosłownie po chwili wyhamować na centymetr przed bramką i znowu znaleźć się na kanapie.

Ćwiczymy to mniej więcej od godz. 10 do 16, a po obiadowej przerwie zaliczamy jeszcze nocną zmianę, która w naszym przypadku trwa co najmniej do 21.00.

Ja już nie mam siły! Zastanawiam się, jak przetrwać ten intensywny tydzień.

Patent na skręty 4-latka

Na ten moment stwierdzam, że moje dziecko, owszem połknęło bakcyla, ale kompletnie nie czuje respektu przed górami i jazdą na nartach. Niestety wyznaje zasadę: zero upadków, ale i zero skrętów. Wygląda na to, że opanował już pług, tyle, że świadomie go nie używa, bo jak twierdzi – pług go nudzi.

Ok, jak nie chcesz płużyć, to chociaż skręcaj – negocjuję podczas kolejnego lotu krzesełkiem.

Zjeżdżamy. Jadę za nim.

Synu skręć na litość boską!

O rety nerwicy się nabawię na tym urlopie…

Co mamo mówisz? Nie słyszę cię!

Na szczęście tę kwestię wypowiedział odwracając głowę w moim kierunku. Wtedy odkryłam niesamowitą prawidłowość. Kiedy smerf obraca głowę w lewo, w lewo skręcają jednocześnie jego krowy. Kiedy skręca głowę w prawo, za głową podąża reszta jego ciała i z automatu krowy ustawiają się w prawo. Postanowiłam więc wykorzystać tę zależność i jechać przed nim slalomem.  Przed każdym skrętem coś do niego krzyczałam, wtedy on kierował na mnie wzrok i mimowolnie skręcał ze mną.

Jestem genialna! To działa!

Po dwóch takich zjazdach zasycha mi jednak w gardle, po piątym zaczynam tracić głos i zdecydowanie mam już ochotę na przerwę.

Jestem tak napięta i wykończona ze zabieram syna na czekoladę. Jak na razie jest to jedyny sposób na odczepienie mu krówek od stóp. Gorąca czekolada na stoku to coś, co i ja uwielbiam. Dieto precz!

Najważniejsze, że mamy patent! Zarówno na skręty, jak i na przerwy.

***

Czy znacie jakieś godne polecenia miejsca w Polsce, gdzie warto pojechać z 4-latkiem na narty?

http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/o-mnie/

2 komentarzy

  1. ~Figa · 16 marca 2013 Odpowiedz

    Proponuję podczas zjeżdżania naukę cyferek. Liczymy do 10 i próbujemy czy na tej górce uda nam się wykonac tyle skrętów jeżdżąc od prawej do lewej strony, cały czas w poprzek stoku – znaczy rozumiesz co mam na myśli, zjazd zygzakiem.
    Można jeszcze dodać, ze ten zygzak to na cześć Zygzaka McQuinn (chyba tak się nazywał) z bajki Auta.

    Wszystkie maluchy prują z górek odważnie. Takie dzieci nie odczuwają lęku ani przed nachyleniem stoku ani przed prędkością. Ponadto sa małe i ich masa jest niewielka, więc jak rozpędzone upadają to im się nic nie dzieje – zagrożeniem dla takich maluchów są jedynie INNI dorośli narciarze.

    Kaski to rzeczywiście mądry wynalazek i choć mój syn „przerósł mnie i przeważył” musiał jeździć w kasku (ma 12 lat).

    Mojego syna niestety nie mogłam uczyć jak miał 4 lata bo aktualnie rehabilitowałam kolano po wypadku na Pilsku (pieroński stok – ze szczytu nie polecam jazdy na krechę).
    W tym roku udało mi się go zabrać na fajny, łagodny stok do Wisły (Cieńków, śmiało możesz tam zabrać swojego smyka).

    Miłej zabawy !!!

    • Prawnik na macierzyńskim · 17 marca 2013 Odpowiedz

      Dzięki za kolejny patent Figa! Kiedyś jeździłam na Pilsku. Było to jednak bardzo dawno temu i kompletnie nie pamiętam, czy to się nadaje do jazdy z dzieckiem. 15 lat temu nie zwracało się uwagi na takie aspekty;) A ten Cieńkow… hmmm nie przypominam sobie żebym tam kiedykolwiek była. Dzięki za rekomendacje. Teraz jesteśmy na takim etapie, że najchętniej wybrałabym się w takie miejsce gdzie można pozjeżdżać będąc zarówno dużym jak i małym.

Zostaw odpowiedź